Menu

Statua Sportu

mój mocno subiektywny blog o sporcie - głównie o tym zza Oceanu

Mały ten świat

bartman7

IMG_2052

Wróciłem. Pora nadrobić zaległości.

Zaczynam więc do mojej wizyty w Londynie, na swoje usprawiedliwienie ma tylko tyle, że choć od samego meczu minęło już 10 dni, to od mojego powrotu z tej wyprawy upłynęło tych dni zaledwie kilka, ale o tym w dalszej części mojego wpisu.

Ogólnie ten wpis będzie mało futbolowy sensu stricto. Ale tak jak pisałem już wcześniej, jeżeli leci się na Wembley na mecz futbolu i nie mieszka się w kraju, w którym ma się NFL na żywo na co dzień, to naprawdę sama rozgrywka, sam mecz jest tylko jednym z wielu elementów takiej wycieczki. Poza tym, gdy trafi się na taki mecz jak ten Chiefs z Lions to naprawdę trudno zbyt wiele pisać o jego poziomie czysto sportowym. Meczami możemy żyć u nas w Polsce, przeglądać statystyki, „rozkminiać” niuanse taktyczne i rozbierać na części poszczególne zagrania, analizować powtórki.  W domu, na kanapie, przed telewizorem lub laptopem. Na Wembley tego się robić po prostu nie da. W każdym razie ja nie potrafię.

Tak więc jeżeli ktoś spodziewał się specjalistycznej analizy sportowej tego co widziałem w Londynie to będzie na pewno rozczarowany.

Wracając do tytułu mojego wpisu, to świat nam strasznie się skurczył. Choćby dlatego, że 3 razy w roku mamy NFL już tylko ponad 2 godziny lotu od Polski. Gdyby kilkanaście lat temu, gdy zaczynała się moja przygoda z futbolem amerykańskim, ktoś mi powiedział,  że będę kiedyś mógł kilkoma kliknięciami touchpada kupić sobie bilet na NFL i bez problemu polecieć na mecz sezonu regularnego to chyba bym nie uwierzył. Świat jest mały, bo z Londynu nie wróciłem do Polski, ale poleciałem do Madrytu, bo akurat dwa dni po meczu na Wembley, na Santiago Bernabeu w ramach rozgrywek Ligi Mistrzów zawitał najciekawszy na tym etapie rywal „Królewskich”. Miałem miejsca w ostatnim możliwym rzędzie na stadionie, ale dla mnie każda wizyta na tym legendarnym obiekcie jest niesamowitym przeżyciem samym w sobie, bez względu na to czy siedzę w loży VIP, czy 5 metrów od linii bocznej boiska czy w 456 rzędzie.

IMG_21621

Jakby tego kurczenia się świata było mało, to w Hard Rock Cafe Madrid poznałem barmankę, która okazała się być Polką,  a następnego dnia w tym samym Madrycie spotkałem moją dobrą znajomą, która mieszka 15 kilometrów ode mnie (i nie możemy się spotkać od pół roku) a okazało się, że mamy hotele 500 metrów od siebie. Kończąc już ten nudny wątek podróżniczy, muszę Wam się pochwalić, że przełamałem jedną ze swoich może trochę dziwnych fobii, która polega na strachu przed lataniem ogólnie mówiąc na wschód do naszego kraju (Egipt, Turcja i te klimaty). Moja wycieczka nie skończyła się w Madrycie, z którego poleciałem do Turcji. I żeby moja podróż skończyła się w Stambule to jeszcze pół biedy, ale stamtąd poleciałem do Adany, która jest jakieś 200 kilometrów od granicy z Syrią. Wszystko skończyło się OK., żadnego zagrożenia nie widziałem, odwiedziłem przyjaciela, który akurat w tamtych okolicach kopie sobie piłkę, przełamałem moją fobie i jak będzie okazja to pewnie znowu go odwiedzę. Przy okazji polecam Turkish Airlines.

Ok, już kończę, to znaczy wracam do Londynu. Tak jak Wam pisałem w Londynie w trakcie International Series jedną z najlepszych rzeczy jest to, że wszyscy wyciągają wtedy wszelkie koszulki futbolowe jakie tylko mają  i to mam wrażenie, że bez względu na to czy wybierają się tego dnia na Wembley czy nie. Już o 9 rano w moim hotelu spotkałem Calvina Johnsona, to znaczy kibica Lions w jego koszulce. Po wyjściu z hotelu, zanim jeszcze zdążyłem dojść do Victoria Station od razu wpadłem na fanów w koszulkach Watta, Mosleya i Megatrona i wtedy już byłem pewny, że popełniłem błąd nie biorąc mojej koszulki Brady’ego…

 


IMG_20091

W metrze w drodze na Wembley był już przegląd koszulek z całej ligi, w tym para, w której dziewczyna miała koszulkę Lions a chłopak Chiefs.

IMG_2011

Na Wembley dotarłem 3 godziny przed meczem. Okolice stadionu były już wypełnione kibicami. Już 3 godziny przed meczem kolejka po piwo wynosiła kilkanaście minut. Ale zanim napiłem się Buda, musiałem jeszcze sprzedać mój bilet, który mi został. Kazimierz Greń nie byłby ze mnie dumny. Straciłem półtorej godziny chłonięcia przedmeczowej atmosfery bawiąc się w konika i najwyższą ofertą jaką dostałem i to od pozostałych koników było 10 funtów. Prawie nie było osób chętnych na bilety, jeden z koników - po półtorej godziny robienia z siebie idioty byłem już praktycznie jednym z nich – powiedział mi, że to najgorszy dla nich mecz NFL  ever, nigdy nie zostało im tyle biletów. Powiedziałem im, że za 10 funtów to wolę go sobie powiesić na lodówce i poszedłem na piwo (drugi bilet dałem po powrocie koledze, który zbiera – z meczu NFL jeszcze nie ma). Wypiłem jedno i poszedłem na trybuny, gdzie już w najlepsze trwało podgrzewania atmosfery przed meczem. Wystąpili nawet Madness i ośpiewali z całym  Wembley swoje nieśmiertelne „Our house in the middle of the street”.  Potem był fantastyczny hołd oddany żołnierzom, którzy odnieśli rany  trakcie działań wojennych – otrzymali niesamowitą owację na stojąco od całego Wembley, owację jakiej nikt tego dnia na Wembley już nie dostał.

Później były oczywiście hymmy, amerykański bez rewelacji, ale już na God Save the Queen, tradycyjnie miałem ciary, może nie takie jak 16 lat temu na starym Wembley, ale ten hymn śpiewany przez Anglików wzbudza u mnie niezmiennie ogromne emocje.

No a potem był już tylko mecz. Detroit Lions nie dojechali. Emocje skończyły się zanim tak naprawdę zdążyły się zacząć. Do przerwy było już 24-3 i co gorsza gra Lions nie dawała nadziei, że są w stanie zagrozić tego dnia ekipie Chiefs. Po 3 kwartach 31-3 i było po meczu. Zawiedli moje oczekiwania dwaj zawodnicy, po których spodziewałem się najwięcej czyli Calvin Johnson i Matt Stafford, którzy zaliczyli bardzo słabe zawody. Zaskoczył mnie na plus QB Chiefs Alex Smith, który przebiegł zaliczył jeden biegowy TD i przebiegł w tym meczu w sumie 78 jardów. Bardzo dobrze grała też defensywa, która wybiła na Wembley Staffordowi futbol  z głowy. 6 sacków i 2 INT. Mecz zakończył się wynikiem 45-10, który niestety odzwierciedla przebieg spotkania, a także poziom emocji  czysto sportowych jakich byłem świadkiem na Wembley.

Na zakończenie chciałem Wam tylko przekazać, że każdy fan NFL powinien przynajmniej raz odwiedzić Londyn w trakcie International Series. To naprawdę nie jest trudne do zrealizowania, najtańsze bilety na mecz można już kupić za 36 funtów (miejsce tak naprawdę jest bez znaczenia , wiadomo, że z miejsc przy linii środkowej za 150 funtów widać lepiej, ale nawet stamtąd nie zobaczycie czy był holding), tanie linie lotnicze do Londynu to oczywiście wiadomo im wcześniej tym taniej, noclegi też bez problemu można znaleźć w niższych cenach niż w Warszawie – a wrażenia, nawet dla osoby, która nie jest fanem NFL niezapomniane. Poza tym, mimo, że na razie się nie zanosi na to, żeby coś się miało zmienić, ale nie wiadomo jak długo jeszcze będziemy mieli NFL na wyciągnięcie ręki. Po Goodellu można się wszystkiego spodziewać.   

London Calling

bartman7

nfl-london

To już jutro. 

Drugi raz będzie mi dane obejrzeć na żywo mecz National Football League. Drugi raz w Londynie. W Londynie, który jest dla mnie miastem wyjątkowym. Mimo to, że byłem w kilku miastach - stolicach, które zrobiły na mnie większe wrażenie niż stolica Anglii, choćby Madryt, Praga, Lizbona, Rzym, czy nawet stolica Katalonii (której z założenia nie powinienem lubić, ale muszę przyznać, że jako miasto bije Madryt) to Londyn ma to coś co w nie do końca zrozumiały dla mnie sposób bardzo mocno mnie przyciąga.

Może to fakt, że to w Londynie ponad 16 lat temu, zaczęła się moja przygoda związana z podróżowaniem po stadionach. To wtedy, pierwszy raz na niezapomnianym starym Wembley z słynnymi dwoma wieżami miałem takie ciary na „God Save the Queen”, że wydawało mi się, że mam jakiś chwilowy paraliż całego ciała (przy okazji zobaczyłem jak facet, który ma ten sam kolor włosów co Andy Dalton z Bengals strzelił nam 3 bramki głową), to wtedy poczułem prawdziwy klimat angielskich pubów i smak pitego w nich piwa. Wiem, że dzisiaj to żadne wydarzenie napić się piwa w londyńskim pubie, mnie już też to nie bawi, ale wtedy nie było tanich linii lotniczych, (zresztą pierwszy i ostatni póki co raz leciałem wtedy British Airways) na lotnisku celnik mógł bez podania jakiejkolwiek przyczyny zawrócić Cię do Polski. Wszystko wtedy było inne. To w Londynie zrobiłem.. a w sumie o tym nie będę może Wam pisał... To w Londynie jest Big Ben i House of Parliament, w którego odbicie w Tamizie po zmroku mógłbym się wpatrywać bez końca. To w Londynie w końcu  byłem pierwszy raz na NFL i to na meczu mojej ulubionej drużyny.

Oczekiwania co do jutrzejszego meczu mam zdecydowanie mniejsze niż poprzednim razem, ale to pewnie dlatego, że wtedy tak napompowałem sobie balon wyobrażeń, że pierwsze wrażenia po powrocie miałem takie, że w sumie było ok, ale bez szału. Dzisiaj już trochę inaczej na to patrzę i o wiele bardziej doceniam to co wtedy tam przeżyłem i to, że widziałem Toma Brady’ego, Randy Mossa i moją ulubioną drużynę na żywo. Poza tym jutro w przeciwieństwie do poprzedniej wizyty na meczu NFL lecę sam, osoba, z którą planowałem, że polecę (i którą korzystając z okazji pozdrawiam, bo wiem, że wraz z dwoma pozostałymi moimi stałymi czytelnikami czyta mojego bloga regularnie) niestety - jak to czasami w życiu bywa - nie może mi towarzyszyć, a wiadomo, że samemu to nigdy nie to samo… No cóż, w tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak kontynuować jutro tradycję zapoczątkowaną przez Kazimierza Grenia i jakoś "opchnąć" komuś wolny bilet. Mam tylko nadzieje, że londyńska policja jest bardziej wyrozumiała, niż ta irlandzka.

Co do meczu, to oczywiście najbardziej czekam na to wszystko co niekoniecznie będzie miało miejsce na murawie Wembley. Na tą całą otoczkę, na kolorowy tłum w metrze i przed stadionem, ubrany w barwy wszystkich 32 zespołów NFL, na to wszechobecne podgrzewanie atmosfery przed meczem i na - pewnie nigdy byście nie zgadli - hymny. Co do poziomu sportowego, Detroit Lions i Kansas City Chiefs są w dołku, ale z drugiej strony nie będę zgrywał cwaniaka, który ogląda NFL co tydzień na żywo na stadionie NFL, żebym mógł jakoś bardzo narzekać czy krytykować to co się będzie działo na boisku. Jak by nie grali, to jako facet, który widział na żywo jeden mecz, na pewno przeżyję jutro wystarczająco dużo emocji również tych czysto sportowych.

Dobra, wystarczy o tym Londynie, wracając do moich Patriots to wczoraj zmierzyli się z Miami Dolphins i powiem Wam szczerze, że zaczynam mieć problem z oglądaniem meczów ekipy z Gillette Stadium. Zaczyna się to trochę zbyt jednostronne i tym samym nudne. Wiem, że nie powinienem narzekać, bo mamy bilans 7-0 i wszystko na to wskazuje, że tylko jakiś kataklizm losowy może przeszkodzić Patsom w osiągnięciu bardzo dobrego wyniku w tym sezonie (czyli co najmniej finału AFC), ale minimalnie więcej emocji jednak by się przydało. Ludzie Belichicka wyglądają naprawdę dobrze w tym sezonie. W ataku, pomijając już Brady’ego, który jakby tego było mało zaczął biegać z piłką i żwawo poruszać się w pocket, zawsze ktoś ma dobry dzień, nie dość że jest Gronk (a propos jeżeli jeszcze nie widzieliście to musicie zobaczyć kapitalną reklamę Nike’a, w której gra m.in. Rob. G), nie dość, że jest Edelman, nie dość, że w końcu na miarę oczekiwań gra Amendola, to jeszcze jak „królik z kapelusza” wyskoczył mierzący zaledwie 173 cm wzrostu Dion Lewis. W obronie też wygląda to obiecująco, o czym najlepiej świadczy fakt, iż 4 dni wcześniej Miami Dolphins wrzucili Houston Texans do przerwy aż 41 punktów. Na Gillette Stadium poszło im do przerwy minimalnie gorzej i nazbierali (a właściwie nie nazbierali) dokładnie 0 punktów. Zero ! A w całym meczu aż 9. 

To by było na tyle. Tym, którzy obchodzą dzisiaj Halloween życzę miłej zabawy, ja dzisiaj zostaję w domu - jutro samolot o 6 rano.

Niepokonani

bartman7

mmqb-jags-bills

To oczywiście nie będzie tekst o piosence Perfectu, ale pisząc go uświadomiłem sobie, że ta niegdyś kultowa dla mnie piosenka, jakoś już nią nie jest. Nie wiem dlaczego, może zachodzi we mnie jakiś dziwny, odwrotny proces i nie podobają mi się piosenki, które właśnie z upływem lat powinny mi się podobać jeszcze bardziej.

Ale skupiając się na NFL, to jeżeli wierzyć amerykańskim statystykom – choć teraz  modne jest powoływanie się akurat na ekspertów z wszystkich innych krajów tylko nie ze Stanów (musicie przyznać, że jeżeli ktoś powołuje się np. na norweskich ekspertów wzbudza większą wiarygodność i zainteresowanie, niż Ci standardowi amerykańscy) – to po raz pierwszy w historii NFL mamy aż 5 zespołów z bilansem 6-0.

Carolina Panthers, Cincinnati Bengals, Denver Broncos, Green Bay Packers i New England Patriots.

O ile 3 ostatnie ekipy raczej nikogo nie dziwią, to dwa pierwsze zespoły zdecydowanie zaskakują.

A tymczasem National Football League nadal kontynuuje akcje promocyjną szeroko pojętego biznesu  turystycznego w Stanach Zjednoczonych i wysyła wszystko co najgorsze do Londynu, w myśl zasady, jeżeli chcesz zobaczyć na żywo prawdziwe drużyny z NFL to musisz odwiedzić nasz piękny kraj. Już nawet hymny na Wembley co raz słabsze.

Oczywiście powiecie, że Buffalo Bills wcale znowu takie słabe nie jest skoro przed wizytą w Londynie miało bilans 3-3. Ale umówmy się nie jest to drużyna  z czołówki NFL, nie ma w niej gwiazd. Poza tym nie dość że przegrali z moimi ulubionymi Jacksonville Jaguars, których na marginesie przed corocznymi wycieczkami do Europy może uratować tylko przeprowadzka całej organizacji do Los Angeles (choć podobno znacznie bliżej zawitania do LA są Chargers), to na dodatek ich quarterback EJ Manuel może poszczycić się nie lada „osiągnięciem”: jest jedynym  rozgrywającym w historii NFL, który przegrał mecz w 3 różnych krajach (USA, Wielka Brytania i Kanada).

Nie uwierzycie mi pewnie, ale poprzedni weekend rozpocząłem od meczu New England Patriots z NY Jets. Jakoś Jets zniknęli mi z radaru i oglądając mecz przecierałem oczy ze zdumienia, jak duży opór ekipa z Nowego Jorku stawiła rozpędzonej maszynie do zwycięstw ze stanu Massachusetts. Jednak bilans 4-1, który Jets mieli przed wizytą na Gillette Stadium absolutnie nie jest przypadkowy i Jets grają naprawdę dobry futbol.  Nie dość, że mają świetnych defensive backów na czele z byłym graczem Patriots Darrellem Revisem, nie dość, że mają bardzo mocny duet wide receiverów Marshall – Decker, to na dodatek ich quarterbackiem jest facet, który skończył tą samą uczelnie, którą skończył Harvey Specter, a której nie skończył Mike Ross… Jeżeli ktoś by przypadkiem nie wiedział to Ryan Fitzpatrick jest absolwentem Harvardu.

Dzięki bardzo dobrzej grze drużyny z Wielkiego Jabłka, Patriots męczyli się dosyć długo, zanim udało im się przełamać opór rywali. Nie pomagały w tym przełamaniu dziurawe ręce wracającego po kontuzji Brandona LaFella, który w pierwszej połowie wypuścił z rąk 4 podania, w sumie w meczu aż 6 i – o dziwo – Juliana Edelmana, któremu chyba jeszcze nie wyprostowali palca po ostatnim meczu, bo również miał niespotykane dla niego problemy z łapaniem podań. Na szczęście dla Pats w świetnej tego dnia dyspozycji był Danny Amendola, który razem z niezawodnym Gronkiem, złapali kilka kluczowych podań od Brady’ego, dzięki czemu drużyna z Foxboro nadal jest niepokonana.

Nie mogłem również odpuścić meczu w mojej ulubionej dywizji, w którym zmierzyli się New York Giants z Dallas Cowboys.  Nie wiem czy niezwykle ważne dla układu sił w dywizji zwycięstwo Giants 27-20 jest zasługą drużyny z Nowego Jorku, czy bardziej jednak chłopaków z Dallas. To był jeden z tych meczów, w trakcie których oglądania masz nieodparte wrażenie, że co by nie wymyśliła jedna drużyna, jak bardzo by się nie starała, żeby tego meczu jednak nie wygrać, to możesz być pewny, że drugi team na to nie pozwoli i na pewno wywinie w decydującym momencie jakiś numer  (albo kilka) i nie wygra tego meczu.

Mistrzem ceremonii został Matt Cassel, który najwyraźniej nie był przykładnym uczniem i nie wyciągnął od Brady’ego tego co np. Aaron Rodgers od Bretta Favre’a. Inna sprawa, że może to Brady nie jest dobrym profesorem, w sumie skoro planuje grać do pięćdziesiątki, to po co ma sobie robić niepotrzebną konkurencje. W każdym razie Cassel zanotował rzadko spotykań serię i na na 5 podań z rzędu aż 3 złapali zawodnicy biegający tego dnia po boisku w innych koszulkach niż on.

Cassel zmarnował rewelacyjny występ Darrena McFaddena, który przebiegł z piłką aż 152 jardy. Trzeba oddać Casselowi, że miał też swoje pięć minut w tym meczu, gdy w dwóch bliźniaczych akcjach z rzędu znalazł podaniami na milimetry, pierwszym Williamsa, a drugim na TD Streeta. I gdy wydawało się, że w końcu Cowboys mają Giants, w pierwszej akcji po TD Cowboys ich były zawodnik, grający niestety tego dnia po przeciwnej stronie barykady -  Dwayne Harris przebiegł z piłką 100 jardów i rozstrzygnął losy tego spotkania. Giants mają bilans 4-3 i są na dobrej drodze do wygrania tej dywizji, z kolei pozbawieni Tony’ego Romo i Deza Bryanta Cowboys przegrali 4 mecz z rzędu i mają mało optymistyczny wynik 2-4.

Miami Dolphins dosyć mocno zabawili się z Houston Texans i pokonali ich 44-26, przy czym należy podkreślić , że do przerwy było 41-0 ! Słownie: czterdzieści jeden do zera ! Dosyć ciekawy mecz zaliczył quarterback zespołu z Miami, Ryan Tannehill, który podawał w sumie na 282 jardy. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że 227 z tych jardów, to były jardy, które jego koledzy przebiegli po złapaniu podań od niego. Średnio jedno podanie Tannehilla pokonał w tym meczuw powietrzu 3,4 jarda. W momencie, w którym Miami prowadziło 28-0 na początku drugiej kwarty, bilans jardów w ofensywie obu drużyn wynosił: Dolphins 275, Texans 0.

Po raz pierwszy w historii mieliśmy ogólnodostępny darmowy live-stream meczu NFL. Oczywiście transmitowany był hit z Londynu, a niełatwej misji przetestowania możliwości swojego sprzętu podjęło się Yahoo. Nie oglądałem, ale podobno nie przerywało.

Po raz pierwszy w tym sezonie Peyton Manning nie wygrał meczu…

Aha, musicie zobaczyć Amariego Coopera z Oakland Raiders, zwłaszcza to co zrobił z defensywą Chargers w jednej akcji.

Już dzisiaj w nocy pierwszy mecz 8 kolejki, a w nim Patriots grają z Miami Dolphins. Chyba nie wstanę w nocy…Chyba…

W niedziele lecę do Londynu, może jak jutro nie będę zbyt długo świętował końca kolejnego tygodnia, to uda mi się napisać jeszcze kilka zdań przed  wylotem na mój drugi mecz NFL na Wembley.

Łapu - capu extra

bartman7

mmqb-colts-fake-punt

6 tygodni sezonu zasadniczego już za nami, siódmy zbliża się wielkimi krokami, a właściwie to już zaczął się w nocy z czwartku na piątek, wygraną Seattle Seahawks nad San Francisco „ktokolwiek uprowadził prawdziwego Colina Kaepernicka proszony jest o niezwłoczny zwrot” 49ers.

Okej powiecie pewnie, facet nie wciskaj nam tu kitu, lepiej napisz gdzie jest wpis o tygodniu numer 5 ? No nie ma, przyznaję się bez bicia (choć to pewnie nie zmieni faktu, że kilka osób i tak nadal będzie miało ochotę mi przywalić) mam strasznie intensywny okres i w życiu zawodowym i prywatnym, a dochodzenie do siebie po powrocie z meczu Polska – Irlandia też nie pomogło i nim się obejrzałem już mieliśmy tydzień numer 6.

Szóstą serię spotkań postanowiłem rozpocząć od pojedynku Pittsburgh Steelers z Arizoną Cardinals. Po pierwsze chciałem zobaczyć czy Mike Vick „nadal to ma”, po drugie byłem ciekawy jak grają rewelacyjnie spisujący się w tym sezonie Cardinals (jeden z moich czytelników pisał, że szkoda, że nie napiszę nic o Cards) a po trzecie - nie oszukujmy się - najważniejsze:  Patriots grali dopiero o 2 w nocy.

Mecz niestety mnie mocno rozczarował. Obawiam się,  że Mike Vick nie ma już tego czegoś co elektryzowało fanów NFL (nie tylko tych grających w Maddena) na całym świecie, a na pewno nie pokazał tego w meczu z Cardinals. Co gorsza, mam dziwne wrażenie, że niewykluczone jest to, że widzieliśmy Vicka ostatni raz na boiskach NFL. Nie dość, że w jednej z niewielu udanych akcji w tym meczu doznał kontuzji, to na dodatek gość, który wszedł w jego miejsce (zabijcie mnie, ale w życiu o nim nie słyszałem) poprowadził Steelers do zwycięstwa. W sumie niedziwne, że o nim nie słyszałem, bo jak się okazuje, mimo, iż jest już 3 sezon w ekipie z Pittsburgha to był to jego pierwszy w karierze występ w meczu sezonu zasadniczego NFL. Landry Jones, bo tak się nazywa, może spowodować, że jak wyzdrowieje Big Ben (a już jest questionable) to Vick resztę sezonu spędzi w dresie i czapeczce przechadzając się wzdłuż sideline.

Kilka słów o drużynie z Arizony. No niby wszystko OK., niby Carson Palmer gra jak za najlepszych lat, niby Larry Fitzgerald (a propos strasznie żałuję, że nie trafił swego czasu do Pats), który operuje teraz bliżej środka boiska znowu jest trudny do zatrzymania, ale jednak porażka z grającymi bez quarterbacka  Steelers chwały im nie przynosi.  Obie ekipy mają bilans 4-2, który powala ich fanom z dużym optymizmem patrzeć w przyszłość, ale biorąc pod uwagę, że Big Ben w końcu wróci to zdecydowanie lepiej wyglądają w tym momencie Steelers.

Daniem głównym tej serii spotkań był oczywiście „Rewanż za Deflategate”. Patriots przyjechali do Indy. Tak głośnego stadionu Colts nie pamiętają nawet najstarsi Indianie z Indiany. Ileż to koszulek mieli fani Colts z podobizną Brady’ego i wszelkimi odmianami słowa oszust. Ileż to przebitych i niedopompowanych piłek przewinęło się przez trybuny Lucas Oil Stadium.

Wiem, że wynik 34-27 może tego nie odzwierciedla w pełni, ale ten mecz wcale nie był tak zacięty i tak naprawdę aktualnie różnica pomiędzy obiema ekipami jest znacznie większa niż 7 punktów.

Biorąc pod uwagę, że emocje w tym meczu zawdzięczamy praktycznie wyłącznie niespotykanemu INT, które Edelman grający bez jednego palca (Julian złapanie podania na TD przypłacił wykrzywieniem najmniejszego palca pod kątem 90 stopni w miejscu, w którym palec się nie zgina)  podarował Colts, biorąc pod uwagę, że w pierwszej połowie Pats nie korzystali praktycznie w ogóle z Gronka, to choć wiem, że nie jestem bezstronny, ale moim zdaniem oba teamy dzieli więcej niż jeden TD.

No i przechodzimy do „creme de la creme” tego pojedynku. I absolutnie nie jest to moja zemsta za Deflategate. Przy stanie 27-21 dla Pats, na 16 minut do końca meczu, Colts zrobili numer jakiego świat jeszcze nie widział. To, że ja czegoś takiego nigdy nie widziałem, to jest nic, ale że ludzie, którzy oglądają NFL od ponad 30 lat nie pamiętają głupszej zagrywki, że Al Michaels, który komentował mecze futbolu już za prezydentury Abrahama Lincolna, również stwierdził, że w życiu takiego czegoś nie widział… Colts ustawieni w punt formation, nagle wykonali szybką zmianę ustawienia, w wyniku której 9 zawodników zostało ustawionych po jednej stronie boiska, blisko linii, a przy piłce zostało dwóch samotnych bohaterów. Wiele jestem w stanie w życiu zrozumieć, ale w jaki sposób Colts z wide receiverem w roli snapera i safety w roli running backa/quarterbacka chcieli wygrać pojedynek 2 na 2, który w ułamku sekundy przerodził się w 2 na 5 - to nie zrozumiem nigdy. Oczywiście coach Pagano tłumaczył się po meczu, że założenie było takie, że uda się złapać Pats na nielegalnej formacji albo na offside, choć to dość pokrętna teoria, to można by było ją jeszcze kupić po wielkiej przecenie, ale w takim razie po jaką cholerę oni wznawiali grę ??!!

Po tym zagraniu było już po meczu, Patriots mają bilans 5-0, porównania do prawie perfekcyjnych Pats z 2007 roku fruwają na prawo i lewo, Brady jak utrzyma formę i tempo, to może mieć rekordowy sezon w wieku 38 lat. W wieku 38 lat zaczął poruszać się w pocket, kupując dodatkowy czas, jak chyba nigdy dotąd, w każdym razie dawno takiego go nie widziałem.  Wszystko pięknie, nie pozostaje nam fanom drużyny z Foxboro nic innego jak zastanawiać się co się tu może s…. popsuć ?

Szaleje również Cam Newton, który zaliczył w ostatni weekend jeden z najlepszych meczów w karierze. Newton poprowadził Panthers do niezwykle cennego zwycięstwa 27-23 nad Seahawks i to na ich wybitnie trudnym do zdobycia terenie. W 4 kwarcie Carolina przegrywała w Seattle 14-23. Wtedy do akcji wkroczył Newton i poprowadził Panthers do dwóch TD, które dały zwycięstwo jego ekipie. Takie mecze definiują zawodników, oddzielają wybitnych zawodników od bardzo dobrych, mężczyzn od chłopców. Oczywiście Newton póki co wybitnym zawodnikiem nie jest, ale każdym takim meczem będzie wykonywał znaczny krok do osiągnięcia tego miana.

Panthers mają bilans 5-0 i wyrastają na lidera tegorocznego rankingu „Nobody believed in us”. Seahawks po tym meczu mieli 2-4, na ich szczęście mieli idealną okazję do jego poprawienia już w czwartek i mają 3-4.

Bez porażki pozostają również Denver Broncos, choć muszę to przyznać, że Peyton Manning strasznie się postarzał przez tą jedną przerwę w sezonie.  A co dopiero będzie w mroźne, zimowe wieczory w grudniu ? Inna sprawa, że jakoś nie przeszkadza to Broncos w kolekcjonowaniu zwycięstw. Poza tym, chciałem poinformować wszystkich, którzy już postawili krzyżyk na starszym z braci z Manningów, że póki co w tym sezonie sam ma więcej zwycięstw niż Joe Flacco, Drew Brees i Philip Rivers razem wzięci.

Po 6 tygodniach nadal mamy 5 niepokonanych zespołów, nie ma drużyn bez  zwycięstwa, tak proszę Państwa, Jaguars i Raiders już wygrali swoje mecze. Raiders nawet dwa.

New York Jets ewidentnie się zapomnieli i mają bilans 4-1.

Chiefs, Ravens i Lions mają w sumie bilans 3-15 ! Nie powiem, trafiłem z tym meczem w Londynie…

Pierwsza ćwiartka za nami

bartman7

Skysports

Czas szybko biegnie. Nim się obejrzeliśmy, a już jedna czwarta sezonu zasadniczego za nami. Chciałem napisać, że póki co nie możemy narzekać na brak wrażeń i zaskakujących rozstrzygnięć, ale zorientowałem się, że przecież każdy sezon NFL jest taki  i dlatego właśnie jest to nasza ulubiona liga na świecie.

Nim się obejrzeliśmy, a już mamy pierwszy tegoroczny mecz w Londynie za nami (na dodatek rozegrany o porze, która daje nam możliwość obejrzenia w niedzielę jednego meczu więcej na żywo).

Jak przed każdym meczem w Londynie, najbardziej czekałem oczywiście na …hymny, w tym na mój ulubiony „God Save the Queen” (przecież nie czekałem na pojedynek Jets z Dolphins). Muszę przyznać, że tegoroczne hymny jakoś mnie nie powaliły, ale nie wiem czy to nie zasługa „Flower of Scotland” wykonanego przez szkockich kibiców na Hampden Park. A propos, to do ostatniej chwili ważyły się losy tego czy polecę do Glasgow czy nie. Niestety przegrałem z obowiązkami zawodowymi, nie zaliczyłem hat-tricka wyjazdowego (byłem w Dublinie i Frankfurcie). Może to dziwnie zabrzmi, ale nie żałuje, że nie widziałem na żywo bramki „Lewego” w 94 minucie, ale nie mogę sobie wybaczyć, że nie usłyszałem szkockiego hymnu.

Pewnie się zastanawiacie o czym ja do cholery piszę, ale musicie mi wybaczyć, Patriots mieli bye week, czymś muszę zapełnić moją kolumnę.

Wracając do NFL w Londynie: Jets ograli nieprawdopodobnie słabych w tym sezonie Dolphins i mają zaskakująco dobry bilans 3-1. Dolphins mieli rządzić w AFC East w tym roku, nawet trochę się ich obawiałem przed sezonem, jak widać całkiem niepotrzebnie. Wracają jeszcze do meczu w Londynie, to wygląda na to, że wybrałem najsłabszy z możliwych meczów, na które polecę w tym roku. Detroit Lions maja bilans 0-4, Kansas City Chiefs 1-3. Jak widać nieprzypadkowo nie gram na zakładach bukmacherskich.

Co wiemy o sezonie po pierwszej ćwiartce ?

Patriots są najlepszą drużyną w lidze, nie grali w ostatnim tygodniu, więc nie mieli okazji stracić tego miana.

Aaron Rodgers jest najlepszym QB w lidze, jak wyliczyli amerykańscy statystycy, najbliższe INT rzuci w 2034 roku.

Najbardziej rozczarowującym QB jest Colin Kaepernick, któremu w wyjściu z dołka nie pomógł fakt, iż w ostanim tygodniu na jego drodze stanął kolega z poprzedniego zdania i jego Green Bay Packers, którzy są najlepszą drużyną w NFC.

W mojej ulubionej NFC East wszyscy wygrywają i przegrywają z wszystkimi. Póki co sprawdzają się moje przypuszczenia, że może być problem, żeby ktoś wyszedł na plus w bilansie zwycięstw i porażek.

RG III jest najlepszym 3rd QB w historii NFL.

To nie jest sezon kickerów, nie dość, że im oddalili extra point, z którego przed tym sezonem ostatni raz ktoś chybił za prezydentury Reagana, to jeszcze co chwilę, ktoś się wyłoży przy field goalu z bliskiej odległości.

Wrócili do gry, dwaj synowie marnotrawni: Adrian Peterson i Michael Vick (pewnie tylko do czasu powrotu do zdrowia Big Bena). Póki co tylko ten pierwszy może być zadowolony. AP znowu gra jak za najlepszych lat i prowadzi w klasyfikacji przebiegniętych jardów.

Czwartą młodość przeżywa 40- letni Matt Hasselbeck, który poprowadził Colts do 2 zwycięstw w ciągu zaledwie 5 dni.

Peyton Manning, który podobno tak słaby nie był jeszcze nigdy, ma bilans 4-0.

Nie wyglądają dobrze Baltimore Ravens (1-3) i Philadelphia Eagles (również 1-3).

Zaskakująco dobrze wyglądają Altanta Falcons (4-0) i Carolina Panthers  (również 4-0).

Nie wiedzie się też coś Houston Texans naszpikowanym gigantami w formacji defensywnej.

Chyba bym nie wymyślił przed sezonem tego, że po 1/4 sezonu najwięcej "podanych" jardów w lidze bedą mieć: Rivers, Ryan, Dalton i Palmer. Wydawało się, że 3 z 4 (poza czerwonowłosym) ma już najlepsze lata za sobą. Panowie grają rewelacyjnie, oby ominał ich pech, który dopadł ich kumpli: Romo i Roethlisbergera. 

Nadal nie wiem czy ewentualny team w Londynie to dobry pomysł.

Michael Bennett do tytułu „mistrza” ofsajdów (za co fani Pats na całym świecie są mu niezmiernie wdzięczni), dołączył tytuł „Złotych ust”: "I don't like Matt Stafford much. He's from Dallas. They killed the President (JFK). ... I hold it against him”.

© Statua Sportu
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci