Menu

Statua Sportu

od 2007 roku - mój mocno subiektywny blog o sporcie - głównie o tym zza Oceanu

The Sweetest Thing

bartman7

1486397785

 
 

Dwa lata temu, po ostatnim zwycięstwie New England Patriots w Super Bowl, też pisałem, że jeden obraz jest wart tysiąca słów. Nie chciałbym się powtarzać, ale wystarczy spojrzeć na zdjęcie powyżej i tego co napisałem dalej nie trzeba już czytać.

Mam nadzieje, że posłuchaliście mnie i namówiliście na oglądanie tego Super Bowl jak największą liczbę osób, które nie były do tej pory przekonane do NFL, a co najważniejsze mam nadzieje, że nie pozwoliliście im popełnić błędu, który zrobił mój przyjaciel, który w połowie trzeciej kwarty stwierdził, że już jest po meczu i pojechał do domu.

Nie będę pisał, że to był najlepszy Super Bowl w historii, nawet jako długoletni fan New England Patriots. Nie lubię takiego porównywania, bo naprawdę trudno to porównać, choćby z ostatnim triumfem Pats, gdy w niesamowity sposób Butler przejął podanie w ostatniej akcji Seahawks.

Niemniej jednak byliśmy świadkami niesamowitego widowiska, które stanowi gotowy scenariusz na typowy amerykański film sportowy, którymi 15 lat temu się fascynowałem, a teraz się z nich śmieję, jak drużyna głównego bohatera zawsze w ostatniej sekundzie zapewnia sobie zwycięstwo.

Mamy wielką gwiazdę, wielkiego mistrza, celebrytę, męża jednej z najpiękniejszych kobiet na ziemi, mamy złego policjanta/komisarza, znienawidzonego przez większość ligi, mamy aferę z piłkami, mamy karę dyskwalifikacji, mamy zemstę głównego bohatera na całej lidze i całą serię zwycięstw i gdy główny bohater jest już na samym końcu tej drogi, gdy pozostał mu do końca tylko jeden krok, nagle wszystko przestaje wychodzić, pojawiają się niedobrzy Falcons, którzy chcą zepsuć happy end.

I co ? Rzeczywistość wyprzedziła scenariusze rodem z Hollywood.

21-3 do przerwy. Patriots i Brady nie dotarli do Houston. Poza argumentem „czekaj przecież to jest Brady” nie miałem jakiegokolwiek realnego argumentu po pierwszej połowie, żeby przekonać mojego przyjaciela żeby nie jechał do domu.

Ekipie z Foxboro nie wychodziło absolutnie nic,  w przeciwieństwie do Falcons, którzy grali rewelacyjnie i naprawdę nic nie zapowiadało, że tak to się wszystko potoczy i zakończy wygraną New England.

Jak wyliczył Bill Simmons, w drugiej połowie było 19 zagrań, które w sytuacji, gdyby chociaż jedno z nich nie zakończyło się po myśli Pats, to Falcons byliby mistrzami NFL.

Kosmiczny po przerwie występ Brady’ego, który chyba zamknął już usta wszystkim niedowiarkom, kwestionującym to, że jest najlepszym QB w historii. Taki występ, w wieku 39 lat, 15 lat po pierwszym wygranym Super Bowl, chapeaux bas, trudno cokolwiek więcej napisać,  chyba wszystko o Brady'm w kontekście Super Bowl 51 zostało już napisane i powiedziane.

Oczywiście Brady nie wygrał tego w pojedynkę, chyba nikt nie wyobraża sobie, że w sporcie, w którym jest w jednej drużynie 53 facetów i drugie tyle członków sztabu szkoleniowego i personelu, ktoś może cokolwiek wygrać bez małej pomocy swoich przyjaciół.

James White, wyciągnięty jak królik z kapelusza, zdobył wszystkie najważniejsze punkty w tym meczu w tym ostatnie decydujące o wygranej. Running back, właściwie numer 3 w Pats, złapał w Super Bowl 14 podań na 110 jardów ! Dołożył jeszcze 29 jardów po ziemi.

Nie byłoby tego tytułu gdyby weteran Slater nie wygrał losowania. Nie byłoby gdyby Julius Edelman nie złapał niewiarygodnej piłki. Bogowie futbolu postanowili najwyraźniej wynagrodzić Pats Helmet Catch, Mario Mannighama i Jermaina Kearse’a. Moment na powtórce, w którym Edelman „poprawia” chwyt i opuszcza piłkę na wysokość kilku centymetrów nad boiskiem zapiera dech w piersiach.

Żeby było jasne, obiektywnie musze przyznać, że to nie był najlepszy „catch” tego meczu.

Ten tytuł wędruje oczywiście do Julio Jonesa. To co zrobił Edelman było głównie dziełem jego niesamowitej determinacji, sprawności, zwinności i oczywiście również dużej kupy szczęścia.

To co zrobił Julio Jones to była czysta klasa, magia, niemożliwe umiejętności techniczne plus genialne podanie Matt’a Ryan’a. Muszę się przyznać, że po tym podaniu pomyślałem, że to już koniec. My dzisiaj tego nie wygramy.

Nie mogłem jednak przypuszczać, że najlepszy ofensywny koordynator w tym sezonie nagle zwariuje, nie wytrzyma ciśnienia i zamiast zagrać kilka akcji dołem i skutecznym kopem zakończyć zabawę, wpadnie na pomysł, żeby grać podaniami, co skończyło się karą i sackiem, który wyrzucił Falcons z field goal zone.

Matt’a Ryan’a, absolutnie zasłużenie uznanego najlepszym  zawodnikiem sezonu dopadła „klątwa MVP”. Nie wiem też czy nie dopadła go klątwa właściciela Falcons, możecie mi powiedzieć po jaką cholerę boss Falcons zszedł na dół chyba już w trzeciej kwarcie ? Przykro było na niego patrzeć, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że zapeszył.

Trener Falcons, Dan Quinn, który był defensywnym koordynatorem Seahawks dwa lata temu w Super Bowl przeciwko Patriots chyba nie spodziewał się, że przeżyje jeszcze większy dramat z udziałem Patriots niż wtedy. A jednak.

Ogólnie Falcons najwyraźniej zabrakło doświadczenia, czyli tego czego duet B&B ma tyle, że nikt inny w lidze nie może się z nimi pod tym względem równać.

Wracając jeszcze do Patriots to czy uwierzycie, że nie prowadzili ani przez sekundę w tym meczu ? Wygrać Super Bowl nie prowadząc ani sekundy, przegrywając 21-3 do przerwy, odrabiając największą stratę w historii, grając bez Gronka… Nie można zapomnieć też o „maskotce” Pats czyli Dionie Lewisie, z którym w składzie ekipa Belichicka ma bilans 18-0.

Roger Goodell. Niemiłosiernie wygwizdany w trakcie ceremonii wręczenia pucharu Patrots. Oczywiście przedstawiciele Patriots zachowali poprawność polityczną i nie dali bezpośrednio poznać swoich uczuć, ale było widać, że gesty wobec komisarza nie były zbyt wylewne.

Właściciel Pats, Robert Kraft powiedział, że dwa lata temu stwierdził, że tamten tytuł mistrzowski był „the sweetest one”, ale musi teraz to sprostować, bo to właśnie ten jest tym najlepiej smakującym i trudno się z nim nie zgodzić.

 Dla takich chwil warto oglądać sport, być kibicem, mieć swój ulubiony zespół, mieć jakaś pasję w życiu. I pamiętajcie, że warto nigdy tego nie zmieniać…

GOAT

bartman7

16506876_1525819357430822_1011909425_n

 

Zdjęcie powyżej nie jest oczywiście z Super Bowl, ale tytuł pasuje i do zdjęcia i do dzisiejszej uczty wszystkich fanów NFL, myślę, że nawet tych, których drużyny nie grają.

Zdjęcie jest z koncertu najlepszego zespołu w historii, na którym byłem w piątek w Kopenhadze. Wyjazd miał bardzo mało wspólnego z dzisiejszym meczem, no może poza tym, że zjadłem burgera o nazwie Super Bowl ze specjalnego menu na ten tydzień, a także tym, że w klubie High Voltage (nazwa nomen omen idealnie oddaje to co się tam działo w piątkową noc), w którym zebrali się fani po koncercie na after party spotkałem gościa w koszulce Odella Beckhama Jr, który nie miał zbyt zadowolonej miny na widok mojej czapeczki.

Kolejną największą (the greatest) sprawą jest sam mecz, nie od dzisiaj wiadomo, że nie ma jakiejkolwiek innej imprezy, która mogłaby pod względem medialnej napinki i pompowania balonu mogła się równać z Super Bowl..

O cenach reklam nie będę już wspominał, bo o tym wiedzą nawet osoby, które nie są fanami NFL. A wiedzą to dzięki naszym krajowym mediom, które niekoniecznie podają kto gra w SB, albo kto wygrał, ale o wysokości cen za 30 sekundową reklamę mówią i piszą zawsze.

No i tutaj oczywiście możecie się ze mną nie zgodzić, ale będziemy mieli dzisiaj okazję oglądać, bez względu na wynik, największego trenera w historii i najlepszego zawodnika. Parę dni temu dotarło do mnie jakie mam szczęście, że w okresie gdy zaczynałem oglądać NFL i gdy kształtowały się moje sympatie, akurat Patriots byli na topie.

Możliwe, że przez te lata „przesiadłbym” się do wagonika z napisem Pats, ale faktem jest, że od początku byłem ich fanem. Od zwycięstwa przeciwko Rams w 36 Super Bowl. I mam na to świadków, bo dzisiaj będę oglądał Super Bowl z większą liczba osób niż jedna. Obie osoby oglądały ze mną Super Bowl numer 38 w dniu 1 lutego 2004 roku i obaj moi przyjaciele, tak jak to z najlepszymi przyjaciółmi bywa, byli oczywiście "na złość mi" za Panthers. Dzisiaj oglądamy wspólnie znowu po 13 latach (w tzw. międzyczasie nasze drogi  jak to w życiu bywa się rozeszły) i nie mam najmniejszych wątpliwości, że obaj będą za Falcons.

Ale wracając do meczu. Patriots pokonali po drodze Steelers, wyłączyli zgodnie ze swoim zwyczajem najlepszego receivera rywali (dzisiaj pewnie będą próbowali to zrobić z Julio Jonesem), druga najgroźniejsza broń ekipy z Pittsburgha wyłączyła się sama, łapiąc kontuzję (pomogło mu w tym kilku zawodników Pats, którzy się na niego zwalili ale nie sądzę, żeby ktokolwiek w NFL chciał celowo doprowadzić kontuzji rywala) i osamotniony Big Ben był bezradny. A całe Gillette Stadium Stadium mogło odśpiewać: "Livin' on the prayer"  z Jonem Bon Jovi, który oglądał mecz w towarzystwie Gronka (jeżeli BB wygra Super Bowl bez Gronka to trzeba będzie naprawdę sprawdzić czy nie zawarł jakiegoś paktu z diabłem albo innymi nieczystymi mocami) i Marka Whalberga.

Poza tym zgodnie z przypuszczeniami Pats nie zagrali drugiego beznadziejnego meczu z rzędu i już dzisiaj ponownie staną przed szansą na zapisanie kolejnej pięknej karty w swojej historii. Bill Belichick taktycznie ograł po raz kolejny Mike Tomlina, mam nadzieje, że wymyśli coś również na Falcons. To znaczy, że „coś” wymyślił to jestem w 100% pewny, pytanie tylko czy jego zawodnikom uda się go zrealizować a dokładniej czy Falcons im na to pozwolą.

Naprzeciwko Pats stają Falcons, w ogólnej opinii jak najbardziej zasłużenie w przebiegu całego sezonu. Na ich czele stoi świeżo upieczony MVP tego sezonu Matt Ryan, który jeszcze nie grał w Super Bowl i który jest raczej najlepszym quarterbackiem (jeszcze przez kilka godzin), który tego zaszczytu nie dostąpił. Mam nadzieje, że pozostanie jeszcze przez parę lat najlepszym aktywnych QB, który nie wygrał Super Bowl.

Kolejnym smaczkiem jest fakt, że Roger Goodell może będzie musiał wręczyć puchar ludziom z najbardziej nienawidzącej go w całej lidze organizacji. Choć w sumie, tak sobie myślę, czy jednak nie powinniśmy mu być wdzięczni ? OK., pozbawił nas możliwości zobaczenia 4 meczów Toma Brady’ego więcej, ale z drugiej strony wyzwolił w nim (i pewnie w całej ekipie) niesamowitą sportową złość, zaoszczędził mu trochę zdrowia i energii, która właśnie teraz jest mu najbardziej potrzebna.

 To by było chyba na tyle. Już o 23 na Eleven Road to Super Bowl, a sam mecz od 0:30, zastanawiam się w sumie czy oglądać na Eleven czy na Gamepassie, zobaczymy…

Pewnym jest, że mam nadzieje, że to będzie jeden z najbardziej niezapomnianych weekendów w moim życiu, mam też nadzieje, że sąsiedzi będą bardziej wyrozumiali niż Ci 13 lat temu i nie będę miał rano kartki na drzwiach.

I pamiętajcie, jeżeli macie przyjaciół, znajomych, kolegów, kogoś w rodzinie, nienawróconych jeszcze na futbol amerykański to dzisiaj jest najlepsza okazja. Przecież pasja do NFL prawie każdego z nas zaczynała się od jakiegoś Super Bowl. Enjoy !

 

 

 

 

 

 

Wielka Czwórka

bartman7

16114587_10154732133676263_6443607620970535788_n

Po kiepskich meczach w Wild Cards, w Divisional Playoffs nie mogliśmy już narzekać na brak emocji.

Po ostatnim weekendzie, na placu boju, w pogoni za „super miską” pozostały już tylko 4 ekipy i 4 wielkich quartebracków. Tak, nadal twierdzę, że to jest liga quarterbacków i jeżeli spojrzymy na rozgrywających, którzy nie udali się już na wakacje i nie będą oglądali pozostałych 3 meczów tego sezonu z kanapy, to trudno się z tym nie zgodzić.

Zaczęło się od Atlanty. To mógł być ostatni w historii mecz Falcons w Georgia Dome, która była ich domem przez 25 lat.

Było słychać, widać i czuć, że kibice godnie chcą pożegnać się z tym obiektem. W zamian za to Falcons niesieni dopingiem swoich fanów zafundowali im jeszcze jedną okazję do pożegnania.

Matt Ryan, który jest chyba głównym kandydatem do tytułu MVP tego sezonu, nie zawiódł i poprowadził team z Atlanty do upragnionego zwycięstwa i do finału konferencji.

Nie wiadomo jednak jak potoczyłby się ten mecz, gdyby sędziowie nie dopatrzyli się przewinienia Seahawks w trakcie niesamowitego returnu Devina Hestera. Tak, tego Hestera. Mniej więcej w połowie jego 80 jardowe punt returnu pomyślałem sobie, że ten kto w ekipie Seahawks wpadła na pomysł, żeby zakontraktować go „out of nowhere” na playoffs był geniuszem (Hester przebiegł z piłką w tym meczu w sumie 194 jardy). Niestety jak to nie tylko w sporcie  ale i też w życiu często decydują centymetry, sekundy. Boom i coś co mogło potoczyć się zupełnie inaczej, idzie w zupełnie innym kierunku.” Game of inches”, pamiętacie ?

Holding Kevina Pierre – Louisa - teraz zauważyłem, że facet ma 3 imiona – był przełomowym moim zdaniem momentem dla losów tego spotkania. Seahawks nie podnieśli się już po tej akcji do końca meczu.

Matt Ryan, jako jedyny z wielkiej czwórki, nie grał jeszcze w Super Bowl. Pozostała mu już tylko jedna przeszkoda do pokonania.

Niestety dla niego i fanów Falcons, przeszkodą tą jest znajdujący się w niesamowitym gazie Aaron Rodgers.

Po słabym początku sezonu i Rodgersa  i jego Packers, rozgrywający Packs gra tak, że znowu powracają porównania Rodgersa do Michaela Jordana. Oczywiście jako fanatyczny członek kościoła MJ’a nie zgadzam się z tym porównaniem, nie zgadzam się na porównanie z Jordanem żadnego sportowca, no może z wyjątkiem Wayne'a Gretzky'ego, ale przyznać trzeba, że ostatnio QB Packers potrafi wygrywać praktycznie w pojedynkę i gdy wydaje się, że tym razem już w jego kapeluszu nie ma żadnego królika, a  w rękawie żadnego asa, Rodgers jakimś cudem znajduje wolnego kolegę z drużyny i trafią go piłką.

W mecz z Cowboys, którzy byli faworytem tego spotkania, wyszło jednak ogromne doświadczenie Rodgersa, które w porównaniu z kompletnym brakiem doświadczenia jego vis-a-vis po stronie Cowboys miało duże znaczenie w końcowym rozstrzygnięciu. Dak Prescott w początkowej fazie meczu wyglądał na tyle niepewnie, że pojawiły się komentarze domagające się wpuszczenia Tony’ego Romo. To również brak doświadczenia Prescotta, choć w sumie decyzja o spike’u pewnie była konsultowana/ustalona z koordynatorem ofensywy, spowodowała, że Cowboys zostawili Rodgersowi wystarczająco dużo czasu, żeby ten doprowadził piłkę, w miejsce z którego Crosby dokopie do bramki usadowionej w endzone.

Rodgers po niesamowitej akcji, przy 3rd & 20, na 12 sekund przed końcem regulaminowego czasu gry, fenomenalnym podaniem znalazł Jareda Cooka, który w tylko sobie wiadomy sposób zmieścił się w boisku. Mason Crosby z 51 jardów dokończył dzieła i to Packers jadą do Atlanty popsuć kibicom pożegnanie z Georgia Dome, a Mattowi Ryanowi ukraść marzenia o Super Bowl.

W AFC, niespodziewanie emocje mieliśmy również w pojedynku moich Pats z Texans.

Bohaterem spotkania został Dion Lewis, który jako pierwszy zawodnik w erze Super Bowl zaliczył w jednym meczu przyłożenia po podaniu, po akcji biegowej i po powrocie po kick offie.

Nie był to jednak dobry mecz Patriots. Można powiedzieć, że momentami Pats grali fatalnie i tylko temu, że Texans nie mieli kim straszyć w ofensywie, albo mieli zbyt mało zawodników, którzy mogliby coś zdziałać w ofensywie, drużyna z Texasu nie potrafiła wykorzystać słabszego dnia ekipy z Foxboro.

Tom Brady, który przez cały sezon regularny (skrócony przez pana Goodella o 4 mecze, który pewnie nie uwierzycie, ale na finał konferencji wybiera się jednak do Atlanty) miał tylko 2 INT, w spotkaniu z Texans zaliczył 2 celne podania do zawodników w innych koszulkach niż jego koledzy z drużyny.

W pierwszej kwarcie po głupim faulu Erica Rowe, po którym nagle Texans zaczęło wychodzić prawie wszystko, byłem pełen obaw, że to jest właśnie taki sam moment jak ten noc wcześniej faul przy powrocie Hestera. Podobne odczucia miał najwyraźniej Bill Belichick, który przekazał Ericowi Rowe kilka ciepłych słów przy linii bocznej.

Na szczęście dla mnie i wszystkich pozostałych fanów Patriots, Texans mieli za mało atutów w ataku, żeby ograć defensywę Pats i sprawić niespodziankę.

Pocieszające jest to, że duet BB & TB praktycznie nie zalicza dwóch tak słabych meczów z rzędu, mniej pocieszające jest to, że na Gillette Stadium przyjeżdża Big Ben, LeVeon Bell i Antonio Brown.

Najlepszy WR w lidze, najlepszy RB w lidze plus facet, który w playoffs czuje się jak ryba w wodzie.

O dziwo wszystkie punkty w wygranym przez Pittsburgh Steelers pojedynku z Kansas City Chiefs zdobył kicker, Chris Boswell, który wyręczył swoje gwiazdy z formacji ofensywnej.

6 field goali i Steelers wygrywają 18-16.

Na dzień dzisiejszy nie mam pomysłu jak defensywa Pats zatrzyma 3 wyżej wymienionych panów, na szczęście nie ja jestem za to odpowiedzialny, tylko sztab ludzi, który pewnie już coś wymyślił.

Najniebezpieczniejszy będzie chyba Bell, który nie dość, że świetnie biega z piłką, w rzadko oglądanym stylu, jakby w zwolnionym tempie, jakby wykupił jakiś dodatkowy bonus, który powoduje, że czas biegnie wolniej, gdy on ma piłkę, to na dodatek jeszcze świetnie biega bez piłki i łapie podania.

Gorącą atmosferę, jak zwykle podczas meczów tych drużyn, tym bardziej na takim etapie rozgrywek, postanowił podgrzać jeszcze Antonio Brown, który opublikował w sieci pomeczową celebrację wygranej przez Steelers, w trakcie której wypowiedziane zostało parę uprzejmości w kierunku Pats.

Pomimo tego, że Bill Belichick z uparciem maniaka twierdzi, że nie interesują go żadne Instachaty  i SnapFace’y, to jestem pewien, że słowa Mike’a Tomlina puszczone w świat przez Browna były w tym tygodniu odtwarzane do znudzenia w szatni Patriots.

Mamy 4 wielkich QB, emocji nie powinno zabraknąć, pozostaje nam tylko kilka godzin oczekiwania.

Tydzień temu trafiłem 2 z 4, ale nie mam zamiaru się załamywać, dzisiaj mam 2P, Packers i Patriots.  

 

Liga quarterbacków

bartman7

rodgerstakeindex

Skoro Bill Simmons po 21 miesiącach olewania milionów czytelników jego kultowego Mailbaga, przełamał się w końcu i postanowił coś napisać, to pomyślałem, że ja też mogę w końcu obudzić się z 14 – miesięcznego letargu. Tym bardziej, że mam tylko kilku czytelników (których oczywiście po raz kolejny przepraszam, że nic nie pisałem), a nie miliony.

Oczywiście naszą ulubioną ligę na świecie oglądałem regularnie, 200 dolarów rocznie na NFL Game Pass już na stałe wpisało się do mojego napiętego do granic możliwości budżetu – na szczęście mam 100% głosów, więc nie było problemów z jego uchwaleniem.

Co ciekawe wracam do pisania, po najgorszych Wild Card jakie kiedykolwiek miałem okazję oglądać. Dziwne, ale nie jest to jedyna rzecz, która mnie zaskakuje w moim życiu więc pewnie tak musiało być.

A Wild Cards w tym roku były okrutnie słabe. Pierwszy raz zdarzyło się, żebym zasnął na jakimś meczu na tym etapie rozgrywek. Nie dość, że zasnąłem w okolicach połowy „pasjonującego” pojedynku Steelers z Dolphins, to na dodatek ten mecz uśpił mnie tak mocno, że obudziłem się dopiero po zakończeniu jedynego meczu, który prezentował poziom i zapewnił nam jakiekolwiek emocje w ostatni weekend. Ale po kolei…

Żal mi fanów Raiders, którzy zaliczyli najlepszy sezon od czasów, gdy prezydentem Stanów Zjednoczonych USA był chyba Ronald Reagan. Przez wszystkie ostania lata fani Raiders byli poddawani nieustannym torturom przez swoją ukochaną drużynę. Nie wiem jak dzisiaj, ale gdy kilkanaście lat temu zaczynałem moją przygodę z NFL to właśnie Raiders mieli najwięcej fanów w naszym kraju. Może wynikało to z faktu, że grał tam Sebastian Janikowski (na zasadzie Borussii Dortmund), a może tego, że fani Raiders byli najbardziej charakterystycznymi i przy okazji niesfornymi kibicami, chyba nie tylko w NFL, ale i w całych Stanach.

W każdym razie gdy wydawało się, że po tylu latach w końcu to może być rok Raiders, byli nawet typowani jako rywale Patriots w AFC Championship Game, kontuzji doznał ich quarterback Derek Carr. No i po sezonie. I tutaj wracamy do tytułu niniejszego wpisu.

Tak to jest liga quarterbacków. Wiem, że "defense wins championships" i widziałem jak najsłabszy Peyton Maninng w historii wygrał Super Bowl tylko dzięki niesamowitej defensywie Broncos. Tak na marginesie to nigdy nie przypuszczałem, że jakaś drużyna wygra mistrzostwo pomimo tego, że mieli Manninga, ale w tym przypadku tak właśnie było. Tak czy inaczej w Wild Card wygrywają QB nie defensywy.

Trzy drużyny wystartowały w Wild Card bez quarterbacka: Oakland, Houston (mam tylko nadzieje, że jako fan Patriots nie będę dzisiaj w nocy żałował tego, że Brock Osweiler nie jest dla mnie quarterbackiem) i Dolphins.

Houston wygrali dzięki temu, że dla zawodnika, którego Raiders postanowili w ten dzień postawić za centrem, nawet osłabiona brakiem JJ Watta obrona do była zapora nie do przejścia. Wystarczył jeden Jadeveon „skąd oni biorą te imiona” Clowney i było po meczu. Gdyby był Derek Carr, to pewnie pisałbym teraz, że Raiders wygrali bo mieli quarterbacka, a Texans nie.

Do wyżej wymienionych 3 drużyn, które grały bez QB spokojnie można dopisać Detroit Lions. Matthew Stafford jest oczywiście quarterbackiem, który może poprowadzić drużynę do zwycięstw w post season (choć akurat do dzisiaj nie poprowadził), ale musi mieć wszystkie palce. Bez jednego palca i to w ręce, którą rzuca – wszyscy widzieliśmy ile traci na wartości.

Seahawks mieli Russella Wilsona, który w playoffach czuje się jak ryba w wodzie i tym samym kibice Detroit Lions, którzy czekają już 25 lat na wygraną w post season muszą czekać dalej.

W kolejnym „meczu”, w tym, na którym haniebnie zasnąłem, nawet jeżeli Dolphins mieli quarterbacka (choć pozostanę przy stanowisku, że od samego początku wybiegli na boisko bez), to Bud Dupree ze Steelers jedną akcją, której dzięki coraz bardziej zmieniających się przepisach na korzyść rozgrywających praktycznie już nie oglądamy na boiskach NFL – wybił Moorowi jakikolwiek futbol tego dnia z głowy. Wybił dosłownie i ta przyjemność kosztowała go 18 tysięcy dolarów kary nałożonej przez NFL. Niechybnie zbliżamy się do czasów, w których nie będzie można nawet brzydko spojrzeć na quarterbacka, nie mówiąc już o jakimkolwiek dotknięciu go – i to też powoduje, że to jest liga quarterbacków.

I tym sposobem dotarliśmy do meczu, który uratował jakikolwiek poziom tych Wild Cards. Meczu, który dzięki uprzejmości zwłaszcza Dolphins oglądałem na drugi dzień z odtworzenia.

Po 3 wcześniejszych „widowiskach” mecz na Lambeau Field pomiędzy New York Giants a Green Bay Packers  wyglądał jak mecz roku.

Giants zaczęli dobrze, na tyle, że po początkowych minutach meczu, zaczynałem już z przerażeniem, oczami wyobraźni widzieć co z moimi Patriots w Super Bowl zrobi Eli Manning i świetnie wyglądająca na początku obrona Giants.

Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że jeden z najlepszych wide receiverów w lidze Odell Beckham Jr za bardzo jednak nudził się w tygodniu przed meczem z Packers i potwierdził, że ma jednak dokładnie wszystkie cechy charakterystyczne dla wide receiverów, którzy są nie bez kozery nazywani „Divas”. Otóż OBJ kilka dni przed meczem zabrał kumpli ze swojej formacji na szybki wypad do Miami. Do Miami, w którym temperatura była o jakieś 50 stopni wyższa niż na Lambeau Field kilka dni później.

Niestety, tak to już w sporcie jest, że jeżeli Giants wygraliby z Packers nikt by nie pamiętał o tym co i gdzie chłopaki robili w tygodniu przed meczem. Ale nie wygrali, na dodatek OBJ miał wyjątkowo dziurawe ręce, załapał tylko 4 podania na 28 jardów. Media i kibice oczywiście już znaleźli winnego i w sumie nie można się im dziwić, bo czy będąc zawodnikiem NFL, którego stać na to żeby latać do Miami właściwie przez 365 dni  roku codziennie tam i z powrotem naprawdę trzeba lecieć w tygodniu przed najważniejszym w tym momencie meczem sezonu ?

Oczywiście Packers wygrali dzięki niesamowitemu Aaronowi Rodgersowi, który rozegrał kolejny rewelacyjny mecz w playoffs, Rodgersowi, który był głównym architektem niesamowitej metamorfozy jaką przeszli Packs od początku sezonu, ale gdyby wide receivers Giants przylecieli jednak na Lambeau, a nie zostali (myślami) w Miami, to kto wie jakby się potoczyły losy tego spotkania.

W każdym razie ten mecz wynagrodził nam na pewno poprzednie trzy mecze w Wild Cards. W końcu były jakiejkolwiek emocje, była ostra twarda gra, były niestety też kontuzje, no i co najważniejsze obie drużyny miały quarterbacka…

Już dzisiaj kolejne emocje, miejmy nadzieje, że poziom będzie zdecydowanie wyższy niż przed tygodniem, a ja mam nadzieje, że nie pożałuje moich powyższych słów o Brocku Osweilerze.

Moje typy na Divisional Playoffs:  Seahawks, Patriots, Steelers, Cowboys. 

 

 

 

Mały ten świat

bartman7

IMG_2052

Wróciłem. Pora nadrobić zaległości.

Zaczynam więc do mojej wizyty w Londynie, na swoje usprawiedliwienie ma tylko tyle, że choć od samego meczu minęło już 10 dni, to od mojego powrotu z tej wyprawy upłynęło tych dni zaledwie kilka, ale o tym w dalszej części mojego wpisu.

Ogólnie ten wpis będzie mało futbolowy sensu stricto. Ale tak jak pisałem już wcześniej, jeżeli leci się na Wembley na mecz futbolu i nie mieszka się w kraju, w którym ma się NFL na żywo na co dzień, to naprawdę sama rozgrywka, sam mecz jest tylko jednym z wielu elementów takiej wycieczki. Poza tym, gdy trafi się na taki mecz jak ten Chiefs z Lions to naprawdę trudno zbyt wiele pisać o jego poziomie czysto sportowym. Meczami możemy żyć u nas w Polsce, przeglądać statystyki, „rozkminiać” niuanse taktyczne i rozbierać na części poszczególne zagrania, analizować powtórki.  W domu, na kanapie, przed telewizorem lub laptopem. Na Wembley tego się robić po prostu nie da. W każdym razie ja nie potrafię.

Tak więc jeżeli ktoś spodziewał się specjalistycznej analizy sportowej tego co widziałem w Londynie to będzie na pewno rozczarowany.

Wracając do tytułu mojego wpisu, to świat nam strasznie się skurczył. Choćby dlatego, że 3 razy w roku mamy NFL już tylko ponad 2 godziny lotu od Polski. Gdyby kilkanaście lat temu, gdy zaczynała się moja przygoda z futbolem amerykańskim, ktoś mi powiedział,  że będę kiedyś mógł kilkoma kliknięciami touchpada kupić sobie bilet na NFL i bez problemu polecieć na mecz sezonu regularnego to chyba bym nie uwierzył. Świat jest mały, bo z Londynu nie wróciłem do Polski, ale poleciałem do Madrytu, bo akurat dwa dni po meczu na Wembley, na Santiago Bernabeu w ramach rozgrywek Ligi Mistrzów zawitał najciekawszy na tym etapie rywal „Królewskich”. Miałem miejsca w ostatnim możliwym rzędzie na stadionie, ale dla mnie każda wizyta na tym legendarnym obiekcie jest niesamowitym przeżyciem samym w sobie, bez względu na to czy siedzę w loży VIP, czy 5 metrów od linii bocznej boiska czy w 456 rzędzie.

IMG_21621

Jakby tego kurczenia się świata było mało, to w Hard Rock Cafe Madrid poznałem barmankę, która okazała się być Polką,  a następnego dnia w tym samym Madrycie spotkałem moją dobrą znajomą, która mieszka 15 kilometrów ode mnie (i nie możemy się spotkać od pół roku) a okazało się, że mamy hotele 500 metrów od siebie. Kończąc już ten nudny wątek podróżniczy, muszę Wam się pochwalić, że przełamałem jedną ze swoich może trochę dziwnych fobii, która polega na strachu przed lataniem ogólnie mówiąc na wschód do naszego kraju (Egipt, Turcja i te klimaty). Moja wycieczka nie skończyła się w Madrycie, z którego poleciałem do Turcji. I żeby moja podróż skończyła się w Stambule to jeszcze pół biedy, ale stamtąd poleciałem do Adany, która jest jakieś 200 kilometrów od granicy z Syrią. Wszystko skończyło się OK., żadnego zagrożenia nie widziałem, odwiedziłem przyjaciela, który akurat w tamtych okolicach kopie sobie piłkę, przełamałem moją fobie i jak będzie okazja to pewnie znowu go odwiedzę. Przy okazji polecam Turkish Airlines.

Ok, już kończę, to znaczy wracam do Londynu. Tak jak Wam pisałem w Londynie w trakcie International Series jedną z najlepszych rzeczy jest to, że wszyscy wyciągają wtedy wszelkie koszulki futbolowe jakie tylko mają  i to mam wrażenie, że bez względu na to czy wybierają się tego dnia na Wembley czy nie. Już o 9 rano w moim hotelu spotkałem Calvina Johnsona, to znaczy kibica Lions w jego koszulce. Po wyjściu z hotelu, zanim jeszcze zdążyłem dojść do Victoria Station od razu wpadłem na fanów w koszulkach Watta, Mosleya i Megatrona i wtedy już byłem pewny, że popełniłem błąd nie biorąc mojej koszulki Brady’ego…

 


IMG_20091

W metrze w drodze na Wembley był już przegląd koszulek z całej ligi, w tym para, w której dziewczyna miała koszulkę Lions a chłopak Chiefs.

IMG_2011

Na Wembley dotarłem 3 godziny przed meczem. Okolice stadionu były już wypełnione kibicami. Już 3 godziny przed meczem kolejka po piwo wynosiła kilkanaście minut. Ale zanim napiłem się Buda, musiałem jeszcze sprzedać mój bilet, który mi został. Kazimierz Greń nie byłby ze mnie dumny. Straciłem półtorej godziny chłonięcia przedmeczowej atmosfery bawiąc się w konika i najwyższą ofertą jaką dostałem i to od pozostałych koników było 10 funtów. Prawie nie było osób chętnych na bilety, jeden z koników - po półtorej godziny robienia z siebie idioty byłem już praktycznie jednym z nich – powiedział mi, że to najgorszy dla nich mecz NFL  ever, nigdy nie zostało im tyle biletów. Powiedziałem im, że za 10 funtów to wolę go sobie powiesić na lodówce i poszedłem na piwo (drugi bilet dałem po powrocie koledze, który zbiera – z meczu NFL jeszcze nie ma). Wypiłem jedno i poszedłem na trybuny, gdzie już w najlepsze trwało podgrzewania atmosfery przed meczem. Wystąpili nawet Madness i ośpiewali z całym  Wembley swoje nieśmiertelne „Our house in the middle of the street”.  Potem był fantastyczny hołd oddany żołnierzom, którzy odnieśli rany  trakcie działań wojennych – otrzymali niesamowitą owację na stojąco od całego Wembley, owację jakiej nikt tego dnia na Wembley już nie dostał.

Później były oczywiście hymmy, amerykański bez rewelacji, ale już na God Save the Queen, tradycyjnie miałem ciary, może nie takie jak 16 lat temu na starym Wembley, ale ten hymn śpiewany przez Anglików wzbudza u mnie niezmiennie ogromne emocje.

No a potem był już tylko mecz. Detroit Lions nie dojechali. Emocje skończyły się zanim tak naprawdę zdążyły się zacząć. Do przerwy było już 24-3 i co gorsza gra Lions nie dawała nadziei, że są w stanie zagrozić tego dnia ekipie Chiefs. Po 3 kwartach 31-3 i było po meczu. Zawiedli moje oczekiwania dwaj zawodnicy, po których spodziewałem się najwięcej czyli Calvin Johnson i Matt Stafford, którzy zaliczyli bardzo słabe zawody. Zaskoczył mnie na plus QB Chiefs Alex Smith, który przebiegł zaliczył jeden biegowy TD i przebiegł w tym meczu w sumie 78 jardów. Bardzo dobrze grała też defensywa, która wybiła na Wembley Staffordowi futbol  z głowy. 6 sacków i 2 INT. Mecz zakończył się wynikiem 45-10, który niestety odzwierciedla przebieg spotkania, a także poziom emocji  czysto sportowych jakich byłem świadkiem na Wembley.

Na zakończenie chciałem Wam tylko przekazać, że każdy fan NFL powinien przynajmniej raz odwiedzić Londyn w trakcie International Series. To naprawdę nie jest trudne do zrealizowania, najtańsze bilety na mecz można już kupić za 36 funtów (miejsce tak naprawdę jest bez znaczenia , wiadomo, że z miejsc przy linii środkowej za 150 funtów widać lepiej, ale nawet stamtąd nie zobaczycie czy był holding), tanie linie lotnicze do Londynu to oczywiście wiadomo im wcześniej tym taniej, noclegi też bez problemu można znaleźć w niższych cenach niż w Warszawie – a wrażenia, nawet dla osoby, która nie jest fanem NFL niezapomniane. Poza tym, mimo, że na razie się nie zanosi na to, żeby coś się miało zmienić, ale nie wiadomo jak długo jeszcze będziemy mieli NFL na wyciągnięcie ręki. Po Goodellu można się wszystkiego spodziewać.   

© Statua Sportu
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci