Menu

Statua Sportu

od 2007 roku - mój mocno subiektywny blog o sporcie - głównie o tym zza Oceanu

Przyjechał cyrk

bartman7

NFL117_Super_Bowl_Football

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak dobrze wiecie nigdy nie byłem i nadal nie jestem zwolennikiem całego tego szału medialnego, który obserwujemy co roku w dniach poprzedzających Super Bowl.

Wiem, że w dzisiejszych czasach media są potęgą, wiem, że są zobowiązania wobec stacji telewizyjnych i sponsorów, bez których setek milionów dolarów pompowanych w ten biznes nie oglądalibyśmy najfajniejszej ligi na świecie. Nie zmienia to faktu, że po prostu, zwyczajnie nie lubię tego cyrku.

Podobnie od wielu lat bojkotuję Pro Bowl i nie potrafię się zmusić do oglądania tego meczu gwiazd NFL. W tym roku znowu nie widziałem ani jednej akcji z PB.

Jeżeli miałem jakiekolwiek wątpliwości czy oglądać w PB w tym roku to pozbawiła mnie ich informacja, że w Pro Bowl zagra Andy Dalton (Come on Man !). Od razu zaczęto liczyć ilu kontuzji zabrakło, żeby swoją obecnością na Pro Bowl zaszczycił wszystkich Johnny Manziel - choć jak go znam, to na pewno by się obraził, że musi przyjechać jako 24 rezerwowy. 

Żeby uniknąć już jakiejkolwiek pokusy oglądania Pro Bowl, postanowiłem w ostatni weekend odwiedzić miasto, w którym kiedyś grał Kurt Warner, a teraz gra mój dobry kolega, tyle, że w trochę inny rodzaj piłki.

Wracając jednak do Super Bowl, to  w tym roku z powodu "Deflate Gate" cyrk trwa juz na całego od poniedziałku po meczu Patriots - Colts. W temacie niedopompowanych piłek wypowiedzieli sie juz wszyscy począwszy od Troya Aikmana, który domagał się potraktowania Patriots równie surowo jak Saints i Seana Paytona, którzy parę sezonów wstecz zostali ukarani za aferę związaną z wprowadzenie przez Saints regulaminu premiowania za spowodowanie kontuzji rywali, przez Matta Leinarta, który stwierdził, że wszyscy QB kombinują coś z piłkami (potem najwyrażniej po telefonie Kurta Warnera, dopisał, że wszyscy poza Warnerem), na Kevinie Costnerze kończąc, który był mocno zdziwiony restrykcyjnym podejściem Aikmana do sprawy.

Patriots, między innymi z uwagi na swoją "kryminalną" przeszłość (afera z nagrywaniem znaków rywali) zostali już jak Ameryka długa i szeroka ukamieniowani i ukrzyżowani. Wszystko wskazuje na to, że nie uknikną kary po Super Bowl. Obawiam się tylko, że Roger Goodell, który skompromitował się przy aferach Rice'a i w mniejszym stopniu Petersona, będzie chciał ratować twarz w mediach i przesadzi z ostrością kary nałożonej na Patriots.

Nie pomogły też Pats na pewno organizowane najwyrażniej na szybko konferencje Belichicka, który w telegraficznym skrócie powiedział: "ja nic nie wiem, spytajcie Toma" i samego Brady'ego, kórego prawnik i specjalista od PR najwyraźniej mieli urlop, albo jeszcze nie wytrzeźwieli po świetowaniu awansu do Super Bowl - w każdym razie nie brzmiał zbyt przekonywująco.

Zastanawiam się od kilku dni czy wziąłbym karę dyskwalifikacji dla Brady'ego na rok (gdyby przypadkiem Goodell już do reszty zwariował) w zamian z zdobycie tytułu mistrzowskiego w najbliższą niedziele ? Z jednej strony tytułu to jest tytuł, nie wiadomo czy i kiedy będzie okazja na kolejny, jeden rok już bez Brady'ego przeżyliśmy z powodu kontuzji (świat sie nie zawalił), może ten rok przerwy wpłynąłby na wydłużenie o kolejny rok kariery, nie ma 100% pewności, że to nie będzie ostatni mecze TB w barwach New England, z drugiej strony jak przeżyć sezon bez numeru 12 za centrem wiedząc, że ten jest zdrowy i mógłby grać ?

Może to kontrowersyjny pogląd, ale gdyby Brady miał dzisiaj 30 lat wziąłbym ten tytuł, co mi tam, ale niestety, dzisiaj ma 37 i ryzyko, że każdy następny sezon może być ostatni jest zbyt duże, żeby skazywać się na cały rok bez Toma.

Kara będzie na bank, spodziewam się raczej grubej kary finansowej i utraty picków w drafcie, a nie dyskwalifikacji, ale kto wie co wymysli liga. Poza tym mam zbyt wiele przepisów do przeczytania w pracy, żeby znaleźć jeszcze czas na szczegółową analizę przepisów dyscyplinarnych NFL i ustalenie co tak naprawdę nam grozi.

Tak na marginesie, wiem, że nie jestem obiektywny, ale ciekawi mnie tylko jaki wpływ miały piłki jakimi grał Brady na to, że Luck i Colts (tym którzy nie wiedza przypominam, że w NFL wszyscy grają swoimi piłkami, niezłe co ?) zdobyli tylko 7 punktów ? 

Jeżeli chodzi o Media Day, to jeżeli kogokolwiek by to interesowało, to oczywiście było znowu wielu szalonych "dziennikarzy", dla których jest to jedyna okazja w życiu żeby zaistnieć, i tak mieliśmy człowieka przebranego za beczkę, był ktoś przebrany za Batmana czy innego bohatera tego typu, kto chyba znał wcześniej ode mnie poznaną przeze mnie dopiero ostatnio rewelacyjną  maksymę życiową: " W życiu zawsze trzeba być sobą, no chyba, że możesz być Batmanem, wtedy trzeba być Batmanem".

Rob Gronkowski spiewał piosenki Katy Perry (tegoroczny wybór gwiazdy Halftime show niestety nie zwala z nóg), Tomowi Brady'emu oświadczyło się kilka dziennikarek, a Bill Belichick wyobraźcie sobie, że nawet się uśmiechnął na pytanie jakie pluszowe zwierzątka lubi... Tak, tak wygląda własnie media day...

Swój stosunek do media day wyraził dobitnie Marshawn Lynch (ukarany już za niewypełnienie obowiązków medialnych), który na wszystkie pytania odpowiadał w ten sam sposób w wolnym tłumaczeniu: " Jestem tutaj tylko po to, żeby nie dostać kary"

W tak zwanym międzyczasie Shane Vereen ograł w Maddena Richarda Shermana i mam nadzieje, że to jest dobry znak przed prawdziwym meczem.

Najlepszym podsumowaniem tego wszystkiego jest wpis jednego z dziennikarzy, który pierwszy raz trafił na Media Day i napisał,że już się nie dziwi dlaczego jedo redakcyjny kolega, który od 40 lat relacjonuje Super Bowl od 20 lat nie bierze udziału w Media Day.

Obiecuję, że następny wpis przed Super Bowl będzie już o footballu...

P.S.

A zapomniałbym: jedna 30 - sekundowa reklama w trakcie Super Bowl kosztuje w tym roku bagatela jedyne 4,5 miliona dolarów..

 

 

Wszystkie drogi prowadzą do Super Bowl

bartman7

663852-015632fa-9f7d-11e4-b0c3-1d439f0b9016

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Takiego przebiegu finałów konferencji nie spodziewał się chyba nikt.

Jeden z uczestników najbliższego Super Bowl zaliczył spacerek i jedyne emocje związane z tym meczem pojawiły się po jego zakończeniu i dotyczą pompowania piłek.

Drugi z uczestników przeszedł z kolei drogę przez męki i mam nadzieje, że limit szczęścia i niesłychanych okoliczności już w tym sezonie wykorzystał.

 

Seattle Seahawks - Green Bay Packers 28-22 (OT)

 

Russell Wilson po tym pojedynku może napisać książkę z gatunku science - fiction pt. "Jak zaliczyć 4 INT i 5 sacków w finale konferencji i awansować do Super Bowl".

W tym samym czasie do maszyny do pisania może zasiąść coach Mick McCarthy i rozpocząć przelewać na papier dramatyczną historię pt. "Jak nie awansować do Super Bowl mimo, że przeciwnik robił wszystko, żeby również nie awansować".

Seattle Seahawks nie wygrali tego meczu. To Green Bay Packers go przerżneli.

Z całym szacunkiem dla fanów obu ekip, ale w pierwszej połowie przecierałem oczy ze zdumienia bo myślałem, że nieprędko zobaczę pojedynek na poziomie wild card game pomiędzy Panthers i Cardinals, a już na pewno, że nie zobaczę go w finale konferencji.

Wilson grał tak jakby ktoś go podmienił niczym koszykarzy NBA w "Kosmicznym meczu". 3 INT, 1/8,  w sumie podał na 14 jardów do przerwy ! Niebywałe ! Jego Seahawks do przerwy zanotowali całe 59 jardów w ataku.

Do przerwy 0-16. Ale nie zamierzam w tym miejscu rozpisywać się jak to wspaniale do przerwy zagrali Packers, choć każdy fan ekipy z Lambeau Field przyjąłby taki wynik w ciemno. Ale nie tego dnia. Tego dnia Packers w związku z tym, że Seahawks nie wyszli do przerwy na boisko (w zyciu nie słyszałem tak cichego najgłośniejszego obiektu w NFL), powinni prowadzić 30-0, a fani w przerwie powinni już rezerwować loty do Phoenix i hotele w Glendale w Arizonie.

Nie prowadzili 30-0 z kilku powodów. Jednym z nich jest fakt, ze ich QB znowu grał bez jednej nogi, (co przy tak słabych Seahawks nie przeszkodziło mu w zdobywaniu 1st down skacząc na jednej nodze), drugim najistotniejszym były dwie decyzje, które podjął ich head coach. Pisałem ostatnio po meczu wild card Ravens z Steelers, że zaimponował mi coach Harbaugh, który kilka razy pokazał, że ma "jaja" i zaryzykował dając przy okazji kopa motywacyjnego dla swojej ekipy. Nawet nieudane zagranie powoduje, że zawodnicy zyskują pewność siebie, wiedzą, że ich coach im ufa. McCarthy w pierwszej kwarcie dwa razy stchórzył i zamiast zaryzykować choćby raz, do wybrał dwa field goals z najblizszej odległości i Packs zamiast 14-0, prowadzili 6-0.

Widząc, że Packers ewidentnie nie chcą wygrac tego meczu, Seahawks w końcu się obudzili.

Przełomowym momentem dla losów spotkania było zagranie, w którym Jon Ryan po fake field goal podał na 19 jardowy TD do Garry'ego Gilliama. To zadziwiające jak takie trick plays zmieniają momentum, vide mecz Pats - Ravens.

W tak zwanym międzyczasie obudził się również niewidoczny wcześniej Marshawn Lynch. Na 1:25 do końca regulaminowego czasu gry piłka po TD Lyncha, wróciła do Rodgersa. Niestety dla "serogłowych" nie udało się zdobyć TD i Mason Crosby na 14 sekund przed końcem meczu doprowadził po udanym field goal do dogrywki.

Losowanie wygrali Seahawks i nie oddali już piłki Packers. Po 3:19 minutach Wilson kapitalnym podaniem znalazł Kearse'a i było po balu. I tak Seahawks, których QB zaliczył jeden z najsłabyszych meczów w karierze, a których najlepszy defensor zamienił się w jednorękiego bandytę, awansowali do Super Bowl.

 

New England Patriots - Indianapolis Colts 45-7

 

Nie wiem czy wolałbym przeżyc podobne emocje jak w meczu z Ravens czy powinienem się jednak cieszyć,że poszło tak łatwo, szybko i przyjemnie. Jedno jest pewne: bezstronni fani musieli ziewać z nudów.

Wynik mówi sam za siebie. Nie żadne, że wcale nie było takiej różnicy czy że wynik nie oddaje przebiegu gry. Najciekawszym momentem tego meczu jak dla mnie był przedmeczowy hymn, który w końcu miałem okazję obejrzeć tylko dlatego, że przesunięto start meczu z uwagi na dogrywkę w Seattle. To chyba największy minus gamepassa, że nie mam hymnów. 

Colts chyba ewidentnie nie wytrzymali ciśnienia związanego z szansą jaka się przed nimi otworzyła. Powietrze uszło z nich niczym z piłek "podmienionych" przez Toma Brady'ego. Nawet Vinatieri spudłował, choć chyba Pagano nie czytał jego statystyk, bo na Foxboro Adam nie kopnął skutecznie z tak daleka nigdy.

Poza tym kolejny raz okazało się, że za cholerę nie mają jakiegokolwiek sposobu na running game drużyny z New England. Rok temu zmaskrował ich Blount, w tym roku w sezonie zasadniczy przebiegł się po nich Jonas Gray, teraz znowu Blount, który wyglądał jak połączenie Beast Mode z Autobusem (dla młodszych fanów, którzy nie pamiętają kto to "The Bus" polecam poszukać w sieci Jerome'a Bettisa). Nie ma się co pastwić nad Colts, nie mieli tego dnia po prostu żadnych szans. Nawet gdyby przywieźli swoje piłki (choćby do koszykówki, w końcu stan Indiana koszykówką stoi).

Pats wyglądali bardzo dobrze i to po obu stronach piłki. Defensywa zneutralizowała Andrew Lucka (0 TD) i Ty Hiltona. Ofensywa grała tak, że nawet Nate Solder załapał się na TD po podaniu Brady'ego. Jednak nie będę się rozpisywał zbyt szeroko o dobrej grze Patriots, żeby nie zapeszać.

Brady z Belichickiem pobili już chyba wszystkie posezonowe rekordy i minie wiele lat zanim ktokolwiek zbliży się pod tym względem do ich osiągnieć.

Brady zagra w 6 Super Bowl i ma szanse na 4 tytuł.

Jeżeli miałbym na siłe znaleźć jakieś powody do narzekań czy zmartwień, to po pierwsze, że Colts udało się zatrzymać Pats pod koniec pierwszej połowy przed samym end zone, a po drugie (znacznie gorsze) to ta zmiana Brady'ego pod koniec 4 kwarty... Czy tylko mi przeszła przez głowę myśl, że to było jego pożegnanie z Gillette Stadium ? Najpierw zmiana kontraktu, teraz to...Mam nadzieje, że przesadzam...

1 lutego Patriots spotkają się z Seahawks w Glendale w Arizonie. Obiecuję napisać do tego czasu jeszcze jakiś tekst, a może dwa, w ramach zapowiedzi "meczu wszystkich meczów".

 

This is football

bartman7

Danny-Amendola-dives-into-the-end-zone-for-a-second-quarter-TD-to-tie-the-game-at-14.-Patriots-Raven

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jeżeli wpis na moim blogu ma taki tytuł możecie być w pewni, że na boiskach NFL działy się rzeczy wielkie.

Dla takich meczów warto być kibicem, warto znosić porażki i upokorzenia swojej ulubionej drużyny, warto zarywać noce i wyglądać w poniedziałek rano w pracy jak po kolejnej grubej imprezie, w końcu dla takich meczów warto prowadzić bloga.

I nie mam tu na myśli tylko pojedynku Patriots, ale cały Divisional Weekend w NFL.

Ale po kolei...

 

New England Patriots - Baltimore Ravens 35-31

 

 

Dla takich meczów warto było kilkanaście lat temu oglądać po nocach Super Bowl na DSF (a może to byłu Sat 1 ?), potem kupić grę Madden 98 na playstation, w której wszyscy zawodnicy byli kwadracikami i różnili się tylko kolorami koszulek, a później zobaczyć pierwszy wygrany Super Bowl Patriots i zostać ich fanem.

Choć szczerze mówiąc, po pierwszych dwóch seriach, na które nie dojechała defensywa Pats ( wyobrażacie sobie, że w takim meczu formacji obronnej Pats przytrafiły się problemy z wysłaniem odpowiedniego personelu na boisko) i prawie nie odzyskanym fumble przez Pats na dzień dobry pomyślałem sobie: "Ty stary a taki głupi jesteś, chodzisz jak idiota po domu w koszulce Pats od samego rana...".

Szybkie 14-0. Joe Flacco wyglądał jak połączenie Montany, Brady'ego, Elwaya, Manninga i ...Michaela Jordana. Bezbłędny. Darrelle Revis, który ostatnie pass interference zaliczył w liceum, złapał tym meczu dwie kary !

Gdy Patriots udało się odrobić straty przed przerwą i doprowadzić do remisu 14-14, Brady popełnił jedyny poważny błąd tego wieczoru i podał do zawodnika ubranego w koszulkę koloru innego niż jego. Ravens udało się zaliczyć TD przed przerwą. Mimo, że 7 punktowa strata jest oczywiscie lepsza niż 14 punktowa, ale nie da się ukryć, że do przerwy to Ravens byli lepszym zespołem i jak donoszą portale plotkarskie Gisele miała już w połowie spakowaną walizkę na wakacje.

Na szczęście po przerwie geniuszem błysnął jej mąż, a przede wszystkim Bill Belichick, czy kto tam wymyślił dwie zagrywki, które całkowicie rozbiły Ravens i dodały skrzydeł Pats.

Pierwszy numer polegał na tym, że zamiast 5 osobowej O-Line, Pats wystawili 4 - osobową, a 5 stojący w niej zawodnik mógł łapać podania, no i złapał. Wyboraźcie sobie, że Cris Collinsworth i Al Michaels, na marginesie mój ulubiony zestaw komentatorów, z których każdy jeden sam widział więcej meczów footballu w zyciu niż wszyscy czytelnicy mojego bloga razem wzięci, nie zauważyli tego tricku od razu.

Drugi numer polegał na podaniu przez Brady'ego do tyłu do Edelmana, który po raz pierwszy w karierze w NFL wykorzystał fakt, że w collegu grał na pozycji quarterbacka i rzucił piłkę wprost w ręce pozostawionego bez opieki Amendoli, któremu nie pozostało nic jak zdobycie TD.

Jak dla mnie te dwa mistrzowskie zagrania odwróciły momentum i przechyliły szalę zwycięstwa na rzecz ekipy z Foxboro.

To na pewno nie był idealny mecz Pats, którzy przez długie fragmenty meczu wyglądali naprawdę słabo. Jednak liczy się końcowy efekt i fakt, że w niedzielę gramy o awans do Super Bowl.

Tom Brady zanotował 3 podania na TD (na jeden pobiegł sam) i tym samym zepchnął swojego idola z dzieciństwa Joe Montanę z pierwszego miejsca na liście zawodników pod względem liczby podań na TD w playoffs.

 

Seattle Seahawks - Carolina Panthers 31-17

 

Na wstępie chciałem przeprosić fanów Panthers za moją zapowiedź meczu. Naprawdę Wasz team dał radę na najtrudniejszym stadionie w lidze i mimo, że mecz zakończył się przewidywanym wynikiem, to sam przebieg gry był już zdecydowanie zaskakujący i Panthers długimi momentami grali z uważanymi przez wielu za głównych faworytów do wygrania Super Bowl Seahawks jak równy z równym.

Cam Newton, biorąc pod uwagę, że grał na stadionie, na którym quarterback drużyny przyjezdnej z reguły nie słyszy ofensywnego koorynatora przez swój zestaw słuchawkowy (po prostu nie ma kontaktu z bazą), jego koledzy nie słyszą co mają grać, a center nie słyszy "snap-count", to naprawdę zagrał bardzo przyzwoite zawody.

Wprawdzie Newton faktycznie nie jest typowym QB, brakuje mu wielu mechanizmów i nawyków, które powinien mieć klasowy rozgrywający, ale absolutnie nie można go zaliczyć do QB pokroju Ryana Lindneya czy innych kabareciarzy. Potrafi wziąć cieżar gry i odpowiedzialności na siebie, mimo, że często na sporej fantazji, ale na pewno nie można mu odmówić cech prawdziwego lidera i przywódcy.

Seahawks zgodnie z oczekiwaniami wygrali, jednak to nie był spacerek na jaki się zanosiło. Marshawn Lynch przez długi czas był skutecznie blokowany przez defensywę Panthers. Jak zwykle lepiej niż dobrze grał Rusell Wilson, który jest zdecydowanie lepszą wersją Cama Newtona, ma wszystkie te cechy, których brak może przeszkodzić rozgrywającemu Panthers w zostaniu klasowym QB.

Tego dnia jednak show ukradł mu Kam Chancellor, który pozamiatał mecz w  4 kwarcie przechwytując podanie Newtona i zdobywając 10 sekund i 90 jardów później TD. Poza tym zaliczył 10 tackles i jak słusznie powiedział po meczu jego coach Pete Carroll, trudno sobie wyobrazić lepszy mecz jaki mógłby zagrać facet na pozycji safety.

 

Green Bay Packers - Dallas Cowboys 26-21

 

Tutaj również nikt nie mógł narzekać na brak emocji, nie wiem czy dla bezstronnego kibica nie było ich nawet więcej niż w spotkaniu na Gillette Stadium.

Nie sprawdziły się prognozy co do syberyjskiej zimy, która miała zawitać tego dnia na Lambeau Field. Nie zawitała i było nawet nawet na tyle ciepło, że niektórzy Kowboje grali w krótkich rękawkach.

Niestety sprawdziły się prognozy co do stanu zdrowia Aarona Rodgersa, który grał na jednej nodze. Może nie przez cały mecz, ale z pewnością jego blokada nie działała przez całe 3 godziny, co oczywiście nie pozostało bez wpływu na jego grę. Po przerwie szanse trochę się wyrównały i po kilku celnych trafieniach przez defensywę Packs, Tony Romo również nie wyglądał na okaz zdrowia.

W pojedynku dwóch kontuzjowanych QB lepszy okazał się ten mniej zdrowy, ale podobnie jak w meczu tydzień wcześniej pomiędzy Cowboys a Lions, do historii nie przejdzie heroiczna walka obu rozgrywających a znowu decyzja sędziego. Nie ratuje nawet wizerunku tego meczu fakt,że tym razem sędziowie podjęli dobrą decyzję, tyle, że niezwykle kontrowersyjną. Dez Bryant łapiąc świetne podanie Tony'ego Romo nie wylądował szczęśliwie jard przed end zone i rozbił się razem z piłką o zmrożoną nawierzchnię Lambeau Field.

Piłka niestety po kontakcie z podłożem wypadła z rąk Bryanta i sędziowie nie mieli innego wyjścia (o ile chcieli podjąć decyzję zgodną z przepisami, choć pewnie niezgodną z duchem gry i pragnieniami fanów Cowboys) jak musieli odgwizdać incomplete pass.

Nie da się ukryć, że był to decydujący moment meczu i gdyby nie wydarzył się cud polegający na nie dopuszczenie do TD Cowboys mający 4 próby z 1 jarda od end zone, to Cowboys pewnie nie przegraliby tego meczu. Niestety los zabrał im to co dał im tydzień wcześniej, tyle, że z tą różnicą, że tym razem sędziowie się nie pomylili.

Jeszcze jedna rzecz, o której muszę napisać. Otóź na twitterze, na którym pod hashtagiem nflpl mecze na bieżąco komentuje całkiem spora grupa fanatyków tej gry w naszym kraju, po prawidłowej decyzji sędziów rozgorzała prawdziwa burza. Ja wiem, że u nas jesteśmy przyzwyczajeni do trochę innych standardów sędziowania (zwłaszcza jakieś 10 lat temu wstecz i wcześniej), ale oczywiście 90% naszych rodzimych fanów było (i pewnie jest do dziś) święcie przekonana, że sedziowie przekręcili Cowboys.

Nieważne, że Mike Pereira czy Dean Blandino, którzy wprawdzie wywodzą się ze środowiska sedziowskiego, ale są lata świetlne przed nami jeżeli chodzi o czytanie gry i znajomość przepisów NFL, obja twierdzili, że decyzja sędziów była prawidłowa (oczywiście przepis jest może kontrowersyjny, ale taki jest i póki co nikt go nie zmienił). Ale nie, my w kraju w którym 10-15 lat prawie nikt nie wiedział o takiej dyscyplinie jak futbol amerykański, wiemy lepiej. No cóż, taka juz nasza narodowa przypadłość, na wszystkim znamy się najlepiej.

Klasę na konferencji prasowej pokazał Jason Garrett, head coach Cowboys, który powiedział, że nie przegrali meczu przez sędziów i że mieli 3 godziny 16 minut na rozstrzygnięcie spotkania na własną korzyść, nic dodać nic ująć. 

 

 

Denver Broncos - Indianapolis Colts 13-24

 

Szlachetne zdrowie nikt się nie dowie...

Mimo, że nie było o tym zbyt głośno i informacja o urazie (urazach) Manninga była skutecznie ukrywana nikt mi nie powie, że Manning był tego dnia w pełni zdrowy, albo żeby był nawet do grania w 80%.

Było to widać przez kilka ostatnich tygodni, było to też widać dobitnie w trakcie meczu z Colts. Nie ma siły, nie można aż tak się zestarzeć w ciągu jednego miesiąca. Nawet w wieku Peytona nie jest to możliwe.

Manning zaliczył 9 "one and done" zejśc z placu gry. Ledwo uzbierał połowę skutecznych podań (26 z 46) i potwierdził swoją łatkę faceta, któremu w styczniu wybitnie nie idzie i aktualnie ma szokujący jak na zawodnika tej klasy bilans w playoffs 11-13.

Co gorsza pokonał go jego następca w Colts, Andrew Luck, który jak pokona jeszcze w niedziele Brady'ego, będzie już bardzo bliski zepchnięcia z pomnika Peytona. Co ciekawe Luck nie zagrał jakiegoś genialnego spotkania. Ale tego dnia na Broncos niepotrzebny był genialny występ. Wystarczył solidny futbol i unikanie zbyt wielu własnych błędów.

Colts pozwolili Broncos na zdobycie tylko 288 jardów w ataku czyli o 115 mniej niż średnio. Nigdy nie przypuszczałem, że nadejdzie ten dzień kiedy nie będę żałował odejścia z Pats Wesa Welkera i Aqiba Taliba. Obaj grali tak, że ten dzień nadszedł.

Na pocieszenie Manninga mogę mu tylko napisać, że to rzeczywiście musiał być zły dzień dla weteranów, bo Adam Vinatieri spudłował field goala po raz pierwszy od czasów kiedy wymyślono internet.

Oczywiście mam nadzieje, że to nie był ostatni mecz w karierze Manninga. Peytona oczywiście (jeżeli chodzi o mnie to Eli może skończyć karierę nawet jutro, najlepiej gdyby jej w ogóle nie zaczynał, mielibyśmy 2 tytułu więcej).

 

Siedmiu wspaniałych

bartman7

B6-aev_IQAA97Px

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Już tylko 8 drużyn pozostało w walce o tytuł mistrzowski. Chciałem napisać, że żarty się skończył i (ulubione zdanie polskich trenerów przed meczami z gigantami typu Luksemburg lub Gibraltar) że na tym etapie nie ma już słabych zespołów.

Ale nie napiszę, bo przypomniałem sobie, że są z nami Carolina Panthers. Z całym szacunkiem do wszystkich trzech fanów Panthers w naszym kraju, ale po tym co pokzała ich drużyna w "meczu" z Cardinals, nie da się ukryć, że nie pasuje ona do tej elitarnej ósemki.

Tak czy inaczej jeszcze nie zmiania to faktu, że Panthers są wśród 8 drużyn, które ciągle są w grze i marzą o Super Bowl i dzielą ich od niego tylko 2 zwycięstwa..dopóki piłka w grze...

 

New England Patriots - Baltimore Ravens (sobota, 22:35 czasu polskiego).

 

Już na pierwszy ogień idzie mecz, na samą myśl, o którym ogarnia mnie stres. Nie wiem skąd to się wzięło, może to ta świadomość, że nie wiadomo czy i kiedy znowu będzie taka szansa na tytuł mistrzowski, nie wiadomo czy nie będzie to ostatni mecz Brady'ego w barwach Pats, a na pewno Tom już nie będzie miał zbyt wielu szans na zdobycie czwartego pierścienia mistrzowskiego. Może to strach przed Baltimore Ravens, który padł na mnie po ich wygranej ze Steelers w weekendzie dzikich kart.

Chyba dla dodania sobie otuchy od rana chodzę w koszulce z numerem 12, ale zdaję sobie sprawę, że na Ravens to nie wystarczy...

Naprzeciwko siebie staną dwie najlepsze playoffowe ekipy w tym wieku. Od 2000 roku Pats mają bilans 18-8, a Ravens 15-7.

Jeszcze bardziej martwi mnie to, że Joe Flacco ( o którym kapitalny tekst napisał Bill Simmons The Tale of Two Flaccos ) i John Harbaugh są taką młodszą wersją Bradyego i Belichicka, taką playoffową maszynką ver.2. 

Flacco na dodatek w przeciwieństwie do Brady'ego z ostatnich sezonów o wiele lepiej gra w playoffs niż w regular season. Widać, że ma facet ogromny spokój i luz, nie grzeje się i podpala w decydujących momentach i nie paraliżuje go stawka. Niestety Brady w ostanich latach nie wznosi się w postseason na wyższy level, a osmielę się stwierdzić, że w styczniu obniża loty.

Pats w ostatnich 19 meczach w playoffs przegrali u siebie tylko 4 - krotnie z czego 2 razy z Ravens. Od 10 lat nie wygralismy w SuperBowl, od 3 w Championship Game. Nie ma się co oszukiwać nie idzie nam w ostatnich latach w playoffs, do których awansujemy co roku tylko dlatego, że gramy w dywizji, z której nie da się nie awansować.

Ale, żeby nie ulegać temu ogólnemu medialnemu nastawieniu jakie panuje za Ocenaem, że to w tym akurat meczu będzie niespodzianka i Pats zakończą już dzisiaj udział w playoffs, mam nadzieje, że jednak Brady z Gronkiem poprowadzą ekipę z Foxboro do zwycięstwa, a Bill Belichick wymyśli jakiś sposób na zatrzymanie Flacco i Forsetta (tego drugiego obawiam się chyba najbardziej). Steve'a Smitha Seniora się nie boję, bo mam nadzieję, że będzie na niego grał Revis, więc mamy gościa z głowy. Trzeba będzie jakoś opóźniź chociaż trochę (bo zatrzymać się chyba nie da) Suggsa i Dummervilla, żeby dać chociaż trochę czasu Brady'emu, który będzie miał do dyspozycji zdrowych Gronkowskiego, Edelmana i LaFella. Bradyemu brakuje tylko 2 podań na TD żeby dogonić lidera podan na TD w playofss Joe Montanę (a propos Joe chyba kasa się skończyła bo mam wrażenie, że widzę go ostatnio w co drugiej reklamie).

Mam nadzieję, że jutro liderem w tej klasyfikacji będzie juz samotnie Tom Brady, a ja za tydzień znowu będę mógł cały dzień chodzić w koszulce Pats.

Mój typ: Patriots 24, Ravens 21

 

 

Seattle Seahawks - Carolina Panthers (niedziela, 2:15 czasu polskiego).

 

Raczej nie ma takiej siły, która utrzymałaby mnie dzisiaj do 2:15 w nocy przed TV (no chyba,że nie będę mógł zasnąć po meczu Pats...). Zobaczę sobie jutro rano powtórkę.

Nie będę się już pastwił na Panthers, którzy już sami w sobie są wystarczającym powodem, żeby nie zarywać nocy, ale obrońcy mistrzowskiego tytułu też ostatnio grają mało radosny futbol.

Grają wyrafinowany futbol. Potrzeba 19 punktów do wygrania, zdobędziemy 19 i nie będziemy walczyć o więcej. Gdyby wystarczyły do zwycięstwa 3 punkty, zdobyliby pewnie 3 i potem kradli do końca meczu czas taranując rywali Beast Modem lub oszukując ich biegami Wilsona. Wyjątkiem był mecz z Cards, w którym zagrali na fantzaji i trochę tych punktów im wrzucili. Zresztą najlepszym przykładem i najgorszą reklamą tego pojedynku jest poprzedni mecz obu drużyn w regular season, w którym Seahawks wygrali z Panthers 13-9.

Poza tym w żadnym innym meczu nie ma aż takiej różnicy i tak wyraźnego faworyta. Panthers przegrali 4 ostatnie pojedynki z Seahawks, Jadą na stadion, na którym gra się drużynom przyjezdnym natrudniej w całej lidze. Co gorsza Seahawks po bardzo słabym początku sezonu, wraz z powrotem killku kontuzjowanych zawodników do defensywy odzyskali wysoką formę i mogą być pierwszym zespołem, który obroni tytuł mistrzowski od 2005 roku, gdzieś mi umknęła tylko nazwa tego zespołu, który obronił wtedy tytuł...

Jedyną nadzieje widzę w tym, że nad zespołem Panthers czuwają ostatnio nadprzyrodzone siły. Po tym jak Cam Newton wyszedł praktycznie bez szwanku z grożnie wyglądającego wypadku samochodowego, teraz również bez szwanku uszedł z pożaru domu coach Rivera. Może więc te nieziemskie moce spowodują, że Newton będzie dzisiaj w pełni zdrowy i przebiegnie z piłką 200 jardów i poprowadzi Panthers do wygranej.

Wiem, wiem, a zaraz potem wyłączy playstation...

 

Mój typ: Seahawks 20, Panthers 6

 

Green Bay Packers - Dallas Cowboys (niedziela, 19:15 czasu polskiego)

 

W 1967 obie ekipy zmierzyły się na legendarnym już meczu Ice Bowl. W chwili gdy pisze ten tekst w Green Bay w Wisconsin jest -21 stopni Celcjusza. Zapowiada się więc kolejny mecz na okrutnym mrozie.

Czy Cowboys są w stanie kontynuować swoją niespotykaną ostatnimi laty serię w playoffs ? Jeżeli tylko Aaron Rodgers będzie w pełni zdrowy to myślę, że będą mieli o to bardzo ciężko. Rodgers, który pozostaje mimo wszystko głównym kandydatem do nagrody MVP (choć ja osobiście głosowałbym na Watta) ma w tym sezonie na Lambeau Field kosmiczny bilans 25 TD - 0 INT. Packers są niepokonani w tym sezonie na swoim stadionie. 

Na oba powyższe zdania fani Cowboys mają bardzo prostą odpowiedż: po pierwsze primo Tony Romo również ma swietny sezon, swój najlepszy od lat (o ile w ogóle nie najlepszy ever) i po drugie primo Cowboys w tym sezonie an wyjazdach mają bilans 0-8.

Oczywiście pogoda nie będzie sprzymierzeńcem chłopaków z ciepłego Teksasu. Nie przemawia też na korzyść Cowboys styl w jakim wygrali z Lions. OK, pod względem psychologicznym i team spiritu to był bardzo ważny sukces, ale tak nie gra drużyna, która ma wygrać na Lambeau Field w styczniu.

Na korzyść chłopaków Jerry'ego Jonesa przemawia historia, w której to Cowboys wygrali cztery ostatnie pojedynki w playoffs z Packers. Jeżeli uda im sie wyłączyć Jordiego Nelsona i Randalla Cobba tak samo jak to zrobili z Megatronem tydzień temu, jeżeli Rodgers nie będzie jednak w pełni zdrowy, to piekny sen Cowboys wcale nie musi się skończyć jutro.

Mimo wszystko jednak fakt, że to Packers będa grali u siebie powoduje, że to oni są faworytem w jutrzejszym spotkaniu. Jeżeli Rodgers będzie zdrowy, to tylko jakiś genialny występ trójki Romo, Murray i Bryant (nie jest to sytuacja niemożliwa) może odebrać wygraną Packers.

 

Mój typ: Packers 34, Cowboys 31

 

 

Denver Broncos - Indianapolis Colts (niedziela, 22:40 czasu polskiego)

 

Jak dla mnie kluczem do tego spotkania jest odpowiedź na pytanie, którego Peytona Manninga zobaczymy jutro ?

Czy tego, który oddaje kierownicę CJ Andersonowi i ogranicza podania do niezbędnego minimum czy tego, który jest jak dla mnie najlepszym QB ostatnich lat w NFL i chyba też w historii ?

Zła wiadomość dla Broncos jest taka, że ten drugi bardzo rzadko wystepuje w playoffs i w zimie. Jak na złość mamy akurat i zimę i playoffs.

Jeżeli jednak wróci stary dobry Peyton to jak dla mnie Colts nie mają żadnych szans.

Dla Andrew Lucka, który jest następcą Manninga w Colts będzie to idealny mecz do tego, żeby zdjąć z pleców brzemie wielkiego poprzednika - podobniej jak kilka lat temu udało się Rodgersowi zrzucić "z barana" Bretta Favre'a.

Luck ma wszystko by zostać następcą Manninga w Colts. Ma wszystko w sobie, niestety znacznie gorzej sytuacja wygląda wokół niego. A wiemy nie od dzisiaj, że "sam meczu nie wygrasz".

Luck nie może liczyć ani na wsparcie takich partnerów jakich miał Manning w Colts, ani też takich jakich ma u swojego boku teraz w Broncos.

Ekipa z Denver nie przegrała w tym sezonie ani razu u siebie, a w ciągu 2 ostatnich lat na swoim stadionie z 18 spotkań wygrali 17.

Kolejnym problemem Colts może być ich niezbyt skuteczna w tym sezonie defensywa. O ile jeszcze ofensywy przy słabszej formie Manninga można by uznać za zbliżone poziomem, to defensywa Broncos bije na głowę formację obronną Colts. I to może być kluczem do zwycięstwa.

To jest idealny mecz na zmianę pokoleniową zmiane warty, ale myślę, że jeszcze nie w tym roku. Zdrowy (o ile taki jest bo mam pewne wątpliwości) Manning nie przegra tego meczu na swoim terenie.

 

Mój typ: Broncos 34, Colts 24

 

W tegorocznych playoffs póki co mam bilans 3-1, nie trafiłem Ravens...

 

 

Niesmak pozostał

bartman7

article-a47b2cd6-c6d4-42bd-b9ba-b1a3cba2c9ba-6VMeuiRgiHSK2-336_634x430

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dwa pozostałe do rozegrania spotkania w Wild Card Weekend, właściwie w sumie przyniosły tyle samo emocji co łącznie dwa poprzednie. Mecz Dallas Coboys z Detroit Lions był zdecydowanie najbardziej emocjonującym z 4 rozegranych w ten weekend meczów, z kolei Indianapolis Colts z Cincinnati Bengals stworzyli zdecydowanie najmniej trzymający w napięciu spektakl w tej serii spotkań.

 

Zacznijmy po kolei, od rozegranego wcześniej i zarazem słabszego pojedynku.

 

Indianapolis Colts - Cincinnati Bengals 26-10

 

Mecz właściwie bez historii. Oczywiście żeby było jasne obie ekipy spokojnie dałyby sobie rady z cyrkowcami z Caroliny i Arizony.

Po w miarę ciekawym początku wydawało się, że ekipa Bengals stawi jednak opór faworyzowanym Colts. Do przerwy i jeszcze przez sporą część trzeciej kwarty wynik brzmiał 13-10, ale trzeba dodać, że absolutnie nie oddawał różnicy poziomów obu ekip. Nie oddawał też bardzo dużej róznicy, która na dzień dzisiejszy dzieli Andrew Lucka od Andy Daltona. Luck pokazał, że należy do czołówki rozgrywających w NFL i naprawdę brakuje mu już bardzo niewiele do samego topu (Top to tam gdzie zasiada Rodgers, Brady, Manning).

Z drugiej strony nie rzucałbym kamieniami do Daltona. Niby przegrał wszystkie 4 spotkania w playoffs, ale z drugiej strony do 4 z rzędu jednak tych Bengals wprowadził. Wielu o wiele lepszych od niego quarterbacków ogląda te playoffs przed telewizorem. Pozbawiony na dodatek dwóch kluczowych receiverów był bezbronny, zwłaszcza przy 3rd down, kiedy trzeba było podać na więcej niż 5-7 jardów.

Ogólnie mecz do szybkiego zapomnienia, dłużył mi sie niemiłosiernie. a wynik się nie zmieniał. Wydawało mi się, że co chwile widzę szybkie 3&out w wykonaniu Bengals, ale punktów Colts jakoś nie przybywało. Za rok, a już na pewno za dwa na pewno nie będziemy pamietać kto u licha grał w tym meczu wild card w AFC.

 

Colts zagrają w kolejnej rundzie w Denver z Broncos, gdzie Andrew Luck będzie chciał zdetronizować swojego wielkiego poprzednika.

 

Dallas Cowboys - Detroit Lions 24-20

 

Zdecydowanie najlepszy mecz Wild Card Weekend. Niestety nikt nie będzie o nim pamiętał (poza fanami Cowboys) o meczu, w którym ekipie z Dallas prowadzonej przez Tony'ego Romo udało się przezwyciężyć kryzys i ciężkie chwile, udało się odwrócić losy spotkania pomimo przegrywania 14-0 i 20-7. Nikt poza Texasem nie będzie pamiętał o Demarcusie Lawrencie, 22 - letnim zawodniku Cowboys, który zaliczył pasjonującą wycieczkę od stacji Zero do stacji Bohater. Po drodze zaliczając jeszcze kilka ciepłych słów na twitterze od zagorzałego fana Cowboys, który przypomniał sobie ostatnio, że jego dom jednak jest w Cleveland LINK

Nikt nie będzie pamiętał o tym, że Tony Romo zaliczył 24 comeback w 4 kwarcie i przynajmniej na tydzień zrzucił z pleców małpę ubraną w koszulkę z napisem "W decydującym momencie na pewno coś zawalę".

Wszyscy nieKowboje będą pamiętać akcję, która miała miejsce przy wyniku 20-17, Detroit mieli 3&1 i piłkę na 46 jardzie Dallas. Matt Stafford podał w lewo w okolice lini bocznej do tight enda Brandona Pettigrew. Odpowiedzialny za jego krycie w tej akcji był rookie linebacker Anthony Hitchens, który był obrócony tyłem do piłki, ani na sekundę nie obrócił głowy w jej kierunku i który wpadł na Pettigrew próbującego złapać piłkę. Nie jestem Mikiem Pereirą, który co znamienne skomentował to co wymyślili ostatecznie sędziowie w tej akcji krótko: "Wow", ale gołym okiem widać było, że Hitchens nie patrzył na piłkę i że Pettigrew probował ją złapać w czym przeszkodził mu zawodnik Dallas.

Jeden z sedziów, który był z tyłu i miał bardzo dobry widok tej akcji rzucił flagę i za chwilę sędzia główny Pete Morelli ogłosił wszem i wobec na stadionie: " Pass interference, number 59, defence, automatic first down". 17 sekund później Morelli pod wpływem Jerry'ego Bergmana głównego sędziego liniowego zmienił swoją decyzję i wypowiedział słowa, ktore do dzisiaj pewnie wywołują odruch zwrotny u fanów Lions: "There is no foul on the play".

Większość ekspertów i komentatorów również nie miało wątpliwości. Niestety sędziowie postanowili inaczej i co najgorsze w tym wszystkim zmienili decyzję wcześniej ogłoszoną. Jestem pewny, że ogólne oburzenie medialne byłoby znacznie mniejsze gdyby w ogóle nie rzucili flagi. Ale rzucili. Punter Lions był chyba równie wytrącony z równowagi jak wszyscy członkowie Lions w organizacji łącznie z kierowcą autobusu i kopnął takiego babola, że Tonyemu Romo nie pozostawało nic innego jak wygrac ten mecz.

Oczywiście błędy sędziów są wpisane w dramaturgię sportu, oczywiście nie wierzę w jakiekolwiek teorie spiskowe i powoływanie wpływów Jerry'ego Jonesa, fani Cowboys powiedzą pewnie, że skoro jesteście tacy dobrzy mogliście prowadzić w tym momencie 30-7 i żaden sędzia by Wam nie odebrał zwycięstwa, albo mogliście zatrzymać ostatni drive Romo.

Jest w tym oczywiście sporo racji, ale jednak... niesmak pozostał...

Cowboys zagrają w Green Bay z tamtejszymi Packers.

Carolina Panthers pojedzie na wycieczkę na nagłośniejszy stadion w lidze.

A Patriots zmierzą się z Baltimore Ravens...

 

 

© Statua Sportu
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci